Jeśli ktoś uważa, że dokonywanie przez redakcje portali muzycznych (takich jak nasz) diabelnie trudnych wyborów typu Album Roku jest w rzeczywistości czymś łatwym i przyjemnym, bo robi się to w gronie pełnym zaprzyjaźnionych ze sobą osób, to… radzę ten tekst przeczytać co najmniej trzy razy.

Mające miejsce zazwyczaj na przełomie grudnia i stycznia coroczne podsumowania zawsze były, są i będą dla mnie małym świętem. Są wszędzie i dotyczą wszystkiego: najlepsze filmy roku, najlepsze gry roku, najlepsze okładki roku, najważniejsze wydarzenia roku itp. itd. etc. Przez lata, jako czytelnik i widz, nie wiedziałem, co może być bardziej ekscytujące od patrzenia na to, jak ktoś raz do roku robi sobie rachunek sumienia, z którym sekundę po jego publikacji nie zgadza się połowa społeczeństwa.

Mające miejsce zazwyczaj na przełomie grudnia i stycznia coroczne podsumowania zawsze były, są i będą dla mnie małym świętem.

Kiedy w końcu sam miałem okazję wziąć w takim przedsięwzięciu udział, emocje były znacznie większe. Wszak od wyborów własnych i moich towarzyszy z redakcji zależało, jak będzie prezentował się licznik odwiedzin i stopień opiniotwórczości. „Portal X uznał grę Y najlepszym tytułem roku 20xx” – taki cytat na konkurencyjnej stronie czy nawet na fanpage’u wydawcy/producenta gry zawsze fajnie wygląda. Na stronach, dla których sam się produkowałem, schemat przeprowadzania tego typu „konkursów” był przeważnie ten sam: spośród groma wszystkich tytułów, jakie miały premierę w ostatnim roku należało wyłuskać te, których oceny były wyższe od „ósemki” i wybrać 10 najlepszych. Głosy się sumowało, trwała dyskusja wewnątrzredakcyjna o wyższości tytułu A od B i tyle – lista TOP 10 najlepszych (w tym jeden NAJ) jest już gotowa.

Gdy przyszedłem do gamemusic.pl, w moim postrzeganiu przeprowadzania tego typu wyborów nastąpiła zmiana o 180 stopni. Bo co innego wybrać grę, a co innego jeden z jej kluczowych elementów składowych. Dlatego uchylę nieco rąbka tajemnicy, żebyście mogli sami się przekonać, że coroczna zabawa w podsumowanie na gamemusic.pl to nie przelewki.

Pierwsza rzecz, na którą chciałbym, abyście zwrócili uwagę, jest ilość materiału, z jaką mamy co rok do czynienia. Załóżmy przez chwilę, że w ostatnim roku wyszło 50 gier. Do każdej z nich dołączony został album z soundtrackiem, co daje równo 50 albumów do przesłuchania przez cały rok. I teraz sobie wyobraźcie, że całą pięćdziesiątkę musimy przesłuchać po raz kolejny pod koniec roku właśnie na potrzeby podsumowania. Niestety, ale nie mamy takiego luksusu, jak w przypadku samych gier, gdzie wystarczy wyszczególnić tylko co lepsze tytuły i połowę roboty (jeśli nie więcej) mamy z głowy. Paradoks polega właśnie na tym, że choć gra może być od początku do końca totalnym niewypałem, to jednak muzyka może być czymś, co ten tytuł broni. Uprising 44 był do chrzanu, ale soundtrack był całkiem w porządku, a muzyka „średniawego” Remember Me została przez nas doceniona zarówno w recenzji, jak i właśnie w podsumowaniu sprzed dwóch lat. Krótko mówiąc, rzadko kiedy muzyka zawodzi na całej linii.

Druga rzecz to sprawa subiektywnego podejścia do selekcji materiału do ostatecznego podsumowania. Fakty wyglądają następująco: spośród ok. 70 soundtracków, które dostaliśmy do ostatniego podsumowania, każdy z członków redakcji musiał wybrać trzy według niego najlepsze. (Po doświadczeniach z rankingami top 10 mogę powiedzieć jedno: wszystko, co znajduje się poniżej trzeciego miejsca, nie ma większego znaczenia. Dlatego my wybraliśmy model olimpijski.) Pytanie: w jaki sposób zejść z 70 do 3? Dokonać selekcji. W jaki sposób dokonać selekcji?

A jak leci! Reguły ustalamy sobie sami. I nie jest ważne, czy wróżymy sobie z fusów, zaglądamy do szklanej kuli, układamy pasjansa czy po  prostu kierujemy się swoimi odczuciami. Jeśli do redakcji należy 5-6 osób, to gwarantuję Wam, że znajdzie się tyle samo, a nawet więcej sposobów. Liczy się to, że każdy ma w tym temacie swoje zdanie. Tyle tylko, że może to niekiedy doprowadzić do… w zasadzie to nawet nie wiem, jak mogę to nazwać. Więc będzie lepiej, jeśli powiem to na  swoim przykładzie.

Jeśli Orły są najważniejszą nagrodą filmową w naszym kraju, to powinny przecież pokazywać przemiany i rozwój polskiej kinematografii.

Niedawno miało miejsce rozdanie filmowych nagród Orły 2015. Najwięcej emocji wzbudziła kategoria dla muzyki filmowej, w której zwyciężył… Czesław Niemen (film Sen o Warszawie). Krytycy, muzycy, a nawet część jury uznali za kuriozalne przyznanie nagrody za stare utwory, które nie zostały napisane specjalnie dla potrzeb danego filmu. Wojciech Kilar i Witold Lutosławski również zostali nominowani w tej kategorii, ponieważ ich twórczość sprzed lat została wykorzystane w filmach. Jeśli Orły są najważniejszą nagrodą filmową w naszym kraju, to powinny przecież pokazywać przemiany i rozwój polskiej kinematografii, podkreślać najciekawsze dokonania i wskazywać na najważniejsze osobowości – w tym również w zakresie muzyki filmowej.

Niestety – tak się nie dzieje. Zamiast tego nagradzane są ścieżki dźwiękowe zawierające muzykę wcześniej już stworzoną, a w tym czy innym obrazie jedynie wykorzystaną. To nie służy ani polskiej muzyce, ani polskiej kinematografii – mówił Robert Piaskowski, dyrektor artystyczny Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Bartosz Chajdecki, nieoficjalny zwycięzca Orłów, jest zdania, że powinno się stworzyć kategorię „original motion picture soundtrack”, czyli dotyczącą muzyki specjalnie napisanej na potrzeby konkretnego filmu. Tak naprawdę bowiem nie ma znaczenia, czy wygrał Niemen, czy Lutosławski lub Kilar. Bo żaden z tych twórców nie stworzył oryginalnej ścieżki dźwiękowej dla danego filmu.

Jeżeli zrobilibyśmy głosowanie niejawne, to może dojść do kuriozalnej sytuacji, w której każdy z redaktorów miałby swoje typy i prawdopodobnie nigdy nie doszlibyśmy do porozumienia.

I ja jestem podobnego zdania, że należy nagradzać li przede wszystkim muzykę stworzoną od początku do końca dla danej gry. Wszelkie tytuły z coverami czy innymi listami przebojów zostają przeze mnie z góry skreślone. A co jeśli komuś z redakcji podoba się muzyka z Forzy, Fify i innych wyścigowo-sportowych produkcji? A co jeśli czytelnicy takie lubią i nie chcą, żeby ich wykluczać przy wyborze? W czym taka muzyka jest gorsza od innej? No właśnie.

Trzecia i ostatnia rzecz, będąca niejako podsumowaniem dwóch poprzednich punktów – dojście do mety, efektu końcowego. Może się zdziwicie, ale model głosowania był zmieniany nie raz i coś mi się zdaje, że i w tym roku nie będzie inaczej. Dlaczego? Ponieważ trudno jest wybrać taki, który byłby w 100 proc. doskonały. Przykłady są następujące:

Jeżeli zrobilibyśmy głosowanie niejawne, to może dojść do kuriozalnej sytuacji, w której każdy z redaktorów miałby swoje typy i prawdopodobnie nigdy nie doszlibyśmy do porozumienia, chyba że po kilkudniowej (jeśli nie dłuższej) debacie. Np. pięć osób wybiera po trzy różne albumy, co daje 15 potencjalnych „naj” i nad KAŻDYM trzeba się pochylić i podyskutować, dlaczego tak, a nie inaczej. Z kolei model jawnego głosowania może doprowadzić do konfliktu wewnątrz redakcji. Ponieważ każdy będzie miał wgląd w wybór swojego kolegi/koleżanki i tym samym może z lekkim opóźnieniem dać swoje typy, dając tym samym podstawy do oskarżeń o kontrolę nad wynikami.

I tak źle, i tak niedobrze. Coroczna jazda ma w sobie więcej emocji niż wyścig z ogromnym pingwinem w Super Mario 64. Jednak niezależnie od tego, jak źle było – ile łez, krwi i potu wylało się na podłogę, ile przekleństw padło od czasu Water Temple w Ocarina of Time – na gamemusic.pl zawsze dbaliśmy o to, żeby wszystko miało ręce i nogi. Każda krytyka była konstruktywna, każdy wybór maglowany z góry na dół, żeby tylko dostarczyć – miejmy nadzieję – słuszny wybór.

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.