Na tę okazję specjalnie odświeżyłem sobie film Burtona. Było to pierwsze mroczniejsze podejście do Nietoperza w filmie aktorskim, a reżyserowi udało się przenieść historię do źródeł komiksu Boba Kane’a. Za muzykę do obrazu odpowiadał nadworny kompozytor Tima, Danny Elfman. Nie można go pominąć w tym tekście, ponieważ jego wpływy doskonale słychać nie tylko w grach, ale i trylogii Nolana. Podniosły i monumentalny motyw przewodni w swej instrumentacji wyznaczył trend, a właściwie kanon muzyczny dla Batmana i samego miasta Gotham.

Do prac nad Arkham Knight powrócili ludzie z Rocksteady, a muzyką zajął się ponownie Nick Arundel tym razem wraz z Davidem Buckleyem.

Doskonale zdawali sobie z tego sprawę Hans Zimmer i James Newton Howard, którzy zamiast próbować wynajdywać koło od nowa, eksplorowali koncept ukuty przez Elfmana. Zwrócili się jednak ku minimalizmowi i bardzo oszczędnej kompozycji, dzięki czemu zdawkowe melodie podkreślają nastrój i bardzo rzadko dominują, a gdy to czynią, dzieje się to w absolutnie kluczowych momentach.

Kiedy w 2009 Rocksteady wypuściło Batmana: Arkham Asylum, świat oszalał. W końcu dostaliśmy porządną egranizację komiksu, gra zbierała nagrody, pochlebne recenzje, a fani wsiąkali na długie godziny przed komputerami. Muzykę stworzył Ron Fish, a ponieważ sama gra bardzo trzymała się mroku i klimatu filmów Burtona i Nolana, muzyka też brzmi jak kontynuacja kinowych odpowiedników. Dwa lata później przy Arkham City wraz z Ronem pracował inny kompozytor, Nick Arundel. Miał na swoim koncie tylko dwie gry, w dodatku średniawe, a co gorsza obie powstały dekadę wcześniej.

Niemniej muzyka nadal świetnie pasowała do rozgrywki, a sama gra została bardzo dobrze odebrana. Seria zaliczyła lekką wtopę dwa lata później, gdy wyszło Arkham Origins. Niemniej jednym z kompozytorów był Christopher Drake, człowiek odpowiedzialny za muzykę do całego mnóstwa filmów i gier z uniwersum DC, więc muzycznie wyszło bardzo syto. Do prac nad Arkham Knight powrócili ludzie z Rocksteady, a muzyką zajął się ponownie Nick Arundel tym razem wraz z Davidem Buckleyem, znanemu graczom z soundtracku do Call of Duty: Ghosts.

Ścieżka dźwiękowa z Batmana: Arkham Knight znajduje się dokładnie w pół drogi między filmowymi odpowiednikami. A więc mamy tu instrumentarium ograniczone niemalże do minimum: smyki, dęciaki i bębny oraz sporadyczne chóry i odrobinę cichych syntez rodem z filmów Nolana. Melodyka jest nieco bogatsza i bliżej jej do pracy Danny’ego Elfmana, chociaż nie ma aż takiego rozpasania, co oczywiście można tłumaczyć specyfiką medium, bo w grach jest dużo więcej zdarzeń dźwiękowych wynikających z interakcji.

Wśród 27 kompozycji nie znajdziemy co prawda tak odznaczającej się melodii, jak motyw przewodni z Batmana z 1989 roku czy tak doskonale eksperymentalny Why So Serious?Mrocznego Rycerza, wraz z dojmująco przesterowanym narastającym dźwiękiem skrzypiec. Nie znaczy to, że muzyka nie jest dobra. Przeciwnie, wraz z rozgrywką komponuje się doskonale, a nienachalność w tym przypadku zdecydowanie działa in plus, ponieważ nie rozprasza gracza, a mimo to świetnie pasuje do wydarzeń na ekranie. Co najważniejsze, słuchając tej muzyki nie można się pomylić, natychmiast nasuwa się postać zamaskowanego Bruce’a Wayne’a walczącego ze złoczyńcami na ulicach Gotham.

Mamy tu instrumentarium ograniczone niemalże do minimum: smyki, dęciaki i bębny oraz sporadyczne chóry i odrobinę cichych syntez rodem z filmów Nolana.

Niestety, ze względu na powyższą homogeniczność, muzyka ta jest tylko i aż solidnym soundtrackiem do przygód Gacka. O ile bez problemu można w każdą stronę podmieniać materiał z filmów i kreskówek z tym z Arkham Knighta, o tyle jeśli nie czytacie komiksów Batmana przy muzyce, dzieło duetu Arundel-Buckley szybko Was znuży. Brakuje tu konkretnych motywów melodycznych przypisanych konkretnym antagonistom. Całość muzyki, mimo spójności, mogłaby bardziej się różnić między kolejnymi kompozycjami chociażby właśnie przeznaczeniem. Tytuły utworów sugerują ich zastosowanie w rozgrywce, chociaż nie stanowią o ich wyjątkowości dla wydarzeń fabularnych. Jak pisałem wcześniej, jako fundament klimatu sprawuje się bez zastrzeżeń, ale też bez uniesień.

Brakuje tu konkretnych motywów melodycznych przypisanych konkretnym antagonistom.

Trylogia Batmana z Rocksteady na zawsze zapisze się jako „te udane Batmany”, na zawsze zmieniły gry akcji oraz wprowadziły kilka ciekawych mechanizmów. Sama muzyka natomiast zapisze się w historii tylko i wyłącznie jako element doskonałego produktu, niestety nie jako muzyka sama dla siebie.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.