Naprawdę starałem się podejść do tego soundtracku rzetelnie i sucho. Ale jedyne, co mogę napisać: oto mój osobisty pretendent do płyty roku. Iście paradoksalne, bo jedyne, co Cuphead robi nowatorskiego, to patrzy w tył na początki fonografii.

Jeżeli nigdy nie słuchaliście jazzu, nie znajdziecie lepszego wprowadzenia w ten gatunek od muzyki z Cupheada.

Ale robi to w takim stylu, że nie sposób go nie docenić. Kristofer Maddigan, absolwent jazzu na Uniwersytecie w Toronto, zadebiutował jako kompozytor do gier, pisząc prawie 3 godziny doskonałego listu miłosnego do muzyki lat 30. ubiegłego stulecia.

Jeżeli chodzi o wartość edukacyjną, znajdziemy tu parę uroczo umieszczonych klisz, więc jeżeli nigdy nie słuchaliście jazzu, nie znajdziecie lepszego wprowadzenia w ten gatunek od muzyki z Cupheada. Wyróżnia ją jednak parę drobnych technicznych zmian, które ułatwiają wstęp w muzykę tamtego okresu. Mowa o wyższej jakości, którą (jako posiadacz kilku doskonale zachowanych płyt z lat 40.) zauważyłem natychmiast. Współczesne techniki nagrywania pozwoliły na pełne brzmienie bez strat w wysokich i niskich tonach, dzięki czemu otrzymujemy pełne zjawisko. Co prawda purystom może nie do końca odpowiadać brak uroczych, choć jednak sporych, wycięć w spektrum audio.

Animacja żywcem wzięta jak spod rąk Fleischer Studios i nowoorleański jazz wymieszany z ragtime’em.

O ile sam Cuphead jest przyjemną grą, nie ma w niej nowatorstwa. To po prostu „tylko” dobra gra. Jest to również koronny przykład na to, że da się grze dodać kilka punktów dzięki odpowiednio skrojonej oprawie audiowizualnej. A ta w dziele Studia MDHR jest zjawiskowa i doskonała w czerpaniu ze swoich źródeł inspiracji. Animacja żywcem wzięta jak spod rąk Fleischer Studios i nowoorleański jazz wymieszany z ragtime’em nie tylko zdobią rozgrywkę, ale przede wszystkim ją tworzą.

Bez nich nie byłoby świetnego tytułu, tylko co najwyżej eksperyment z infantylną fabułką. Ta jednak, ubrana w szaty lat 30., nabiera magicznych właściwości. Jakoś nikt z nas, oglądając Popeye’a czy Betty Boop, nie kwestionuje naiwności fabularnej, jaka wówczas była standardem w bajkach. Ta gra pochłania bez litości niczym bajki w dzieciństwie i nie pozwala oderwać od siebie oczu ani uszu nawet na sekundę. Cuphead zasługuje na swoje szczególne miejsce w popkulturze jako pean dla jej początków.

Soundtrack do kupienia na WINYLOWA

Piszę trzeci akapit i łapię się na tym, że o samej muzyce napisałem stosunkowo niewiele. Trudno bowiem komentować coś, co jest tak bliskie ideału. Klimat został oddany 1:1, muzyka nagrana w studio na tak zwaną „setkę” brzmi żywo i drapieżnie. Da się wyczuć chemię między muzykami. Ta lekkość i szczerość nagrania są zaraźliwe tak bardzo, że jest to najczęściej odsłuchiwany przeze mnie album growy 2017 roku, przynajmniej jak dotychczas.

Cuphead OST sprawdza się wyśmienicie poza grą jako soundtrack do codzienności, jak i do aktywnego słuchania z pewną dozą skupienia. Jeżeli chodzi o implementację, trochę szkoda, że nie zdarzyło mi się trafić na jakąkolwiek formę zaawansowanej edycji muzyki wewnątrz gry.

Cuphead OST sprawdza się wyśmienicie poza grą jako soundtrack do codzienności, jak i do aktywnego słuchania z pewną dozą skupienia.

Miło by było usłyszeć kreatywne zastosowanie filtrowania muzyki na brzmienie lat 30. wraz z trzaskami płyty winylowej (pomijając oczywiście kilka intencjonalnie stworzonych w ten sposób kompozycji), ale nie twierdzę, iż tego typu zabieg był w jakikolwiek sposób potrzebny. Kto wie, może w ewentualnym sequelu? Podsumowując, ode mnie must hear. Ostrzegam jednak, jest zaraźliwy!

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.