Minęły już ponad dwa tygodnie od ukazania się dema Final Fantasy VII Remake, a ja wciąż nie mogę o nim zapomnieć. Nie chodzi nawet o to, jak prezentowało się pod kątem wizualnym, ale raczej o to, z jaką dbałością odwzorowano niemal wszystkie kluczowe sceny z początku gry: od wysiadki z pociągu, aż do walki z ogromnym robotem przy reaktorze w Midgarze. I to wszystko podszyte wizualiami na miarę gier akcji XXI wieku.

Demo było również zbyt krótkie, żeby móc ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, czy szykuje nam się hit roku.

Oczywiście wciąż mam lekkie obawy związane z tą grą, np. zastąpienie turowych potyczek systemem walki rodem z ostatnich odsłon Final Fantasy czy też wycięcie części zawartości z oryginału (wiadomość o tym, że nie będzie można korzystać podczas walki z Reda XIII, nie została dobrze przyjęta przez graczy). Demo było również zbyt krótkie, żeby móc ostatecznie odpowiedzieć na pytanie, czy szykuje nam się hit roku. Niemniej pozostawiło w mojej głowie raczej pozytywny obraz, który mam nadzieję pozostanie do dnia premiery.

Przy okazji tego nagłego wydarzenia (bowiem demo ukazało się dość nagle, bez zapowiedzi) zacząłem się zastanawiać nad muzyką do Final Fantasy VII. Pominę te kawałki, które usłyszałem w demie Remake’u, ponieważ, jak już wcześniej napisałem, było zbyt krótkie, aby móc cokolwiek ocenić. Zamiast tego chcę na chwilę skupić się na oryginale i odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: czy po 23 latach muzyka Nobuo Uematsu to wciąż coś, do czego warto powracać?

Sylwetka Nobuo Uematsu – muzyczny guru czy plagiator?

Po raz pierwszy zagrałem w Final Fantasy VII bodaj w roku 2000. Jaki ja wtedy byłem w tej grze zakochany. Ta historia. Te postacie. Ten rozmach! No i wreszcie – ten soundtrack. Może trudno będzie w to uwierzyć (albo i nie), ale wszystkie utwory zapamiętałem już po pierwszej sesji z grą i do dzisiaj jestem w stanie je zanucić prosto z pamięci.

Soundtrack z Final Fantasy VII jest bodaj jednym z najbardziej charakterystycznych w całej serii, a żaden z utworów nie pojawił się na nim przypadkiem. Każdy z nich odgrywa bowiem w grze odpowiednią rolę. Zresztą wystarczy przeczytać same nazwy utworów i wsłuchać się w nie, aby przywołać w głowie obrazki właśnie z TEJ konkretnej sceny w TYM konkretnym momencie. Ale jest też inny aspekt.

Dla mnie to orkiestralno-chóralne brzmienie to synonim ciągłych porażek.

Pamiętam, jak kilka lat temu popełniłem na łamach Gamemusic.pl tekst o tym, jak bardzo znienawidziłem uwielbiany przez wszystkich One-Winged Angel. Pisałem o tym, jak wiele potu, łez i krwi kosztowała mnie walka z Sephirothem i jak bardzo ten utwór wwiercił się w moją głowę. Dla mnie to orkiestralno-chóralne brzmienie to synonim ciągłych porażek, niepowodzeń, a także nerwów. Tak, to był utwór, który znienawidziłem… Ale to właśnie na tym polega magia twórczości Uematsu – na wyrażaniu uczuć autora poprzez muzykę, ale też na dowolnej ich interpretacji przez odbiorców.

Mnie One-Winged Angel kojarzy się wręcz z traumą związaną z przechodzeniem ciągle tego samego bossa i co rusz zmianą taktyki, dla innych jest to monumentalne dzieło, doskonale symbolizujące walkę z równie potężnym przeciwnikiem. Inny przykład: większość osób płacze podczas słuchania Aerith’s Theme, ale spotkałem się też z takimi opiniami, że jest to zbyt ckliwy utwór, przypominający coś, co równie dobrze mogłoby wystąpić w pierwszym lepszym shoujo-anime.

Jak powstawał motyw przewodni Final Fantasy VII Remake?

Innymi słowy, każdy zawarty na tym soundtracku utwór ma swoją historię, ale też wywołuje uczucia, które  mimo upływu ponad dwóch dekad wciąż są w nas żywe. Dlatego wcale nie dziwię się tym, którzy powracają do słuchania tego soundtracku tak dziesięć lat temu, jak i dziś. Bo to po prostu kawał historii, która na długo zapada w pamięć.

Niestety, w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Otóż odnoszę przykre wrażenie, że z soundtrackiem zadziała się podobna rzecz, co z samą grą, tj. została przemielona do granic możliwości. Tak jak z gry wyciśnięto ostatnie soki, wydając co rusz najprzeróżniejsze gadżety, spin-offy i inne bajery związane z uniwersum „siódemki”, tak w przypadku soundtracku przez ostatnie kilkanaście lat otrzymałem całe multum jego wykonań, od symfonii, przez rock, chiptune, czy nawet metal, że już nawet nie wspomnę o milionach albumów z muzyką z „siódemki” w wykonaniu fortepianowym.

Przez to wszystko słuchanie muzyki z Final Fantasy VII z roku na rok stawało się dla mnie coraz trudniejsze, aż w końcu pojawiło się we mnie uczucie podobne do tego, kiedy wydana została kolejna rzecz/gra związana z „siódemką”. Doszedłem do takiego momentu, kiedy – mówiąc kolokwialnie – muzyka z Final Fantasy VII przejadła mi się. Oczywiście od czasu do czasu odtworzę sobie soundtrack na Spotify, jednak od pewnego momentu traktuję go bardziej jako tło podczas pracy nad kolejnymi tekstami.

Odnoszę przykre wrażenie, że z soundtrackiem zadziała się podobna rzecz.

Dlatego trudno mi nie spoglądać na Final Fantasy VII Remake jako na kolejny skok na kasę poprzez uderzenie w sentymentalną nutę i ponowne „wypranie na nowo” tych samych melodii, mimo moich zachwytów nad jakością ukazaną w demie. Tak bardzo chciałbym się mylić.

Czytaj więcej:

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.