Mój strach przed Final Fantasy XV wcale nie zrodził się 10 lat temu, kiedy gra była jeszcze znana pod nazwą Final Fantasy Versus XIII i miała być jedynie nieszkodliwym spin-offem serii. Nie było to też trzy lata temu, kiedy na E3 pokazano pierwszy zwiastun.

To było jakoś pomiędzy tymi wydarzeniami. Ściślej mówiąc, w dniu premiery Final Fantasy XIII siedem lat temu. „Trzynastka” miała być swego rodzaju kierunkowskazem dla całej serii; dawać nam, graczom, wskazówki, jak będą wyglądały kolejne odsłony. Dlatego na premierę piętnastej części czekałem jak na ścięcie. Zwiastuny pokazywane na E3 czy wysyp nowych informacji na jej temat utwierdzały mnie w przekonaniu, że to nie jest gra dla mnie – że to nie jest to Final Fantasy, na którym się wychowałem.

Jedyna rzecz, która wywołała u mnie minimalne pokłady radości związane z nadchodzącą katastrofą, to solidny zestaw nazwisk prawdopodobnie najzdolniejszych artystów w Japonii.

Jedyna rzecz, która wywołała u mnie minimalne pokłady radości związane z nadchodzącą katastrofą, to solidny zestaw nazwisk prawdopodobnie najzdolniejszych artystów w Japonii stojących za ścieżką dźwiękową. Obok nieśmiertelnego Nobuo Uematsu pojawili się także Yoshitaka Suzuki (Ninja Blade, Bayonetta, Final Fantasy XIII-2), Tetsuya Shibata (Devil May Cry, Monster Hunter), Yoshino Aoki (Breath of Fire) oraz gościnnie twórca Video Game Orchestra, czyli Shota Nakama (Lighing Returns: Final Fantasy XIII). Jednak nade wszystko ucieszyła mnie wieść, że pieczę nad całością sprawować będzie autorka zdecydowanej większości utworów zawartych na albumie, Yoko Shimomura (Kingdom Hearts, Parasite Eve), której wizja soundtracku do nowego „fajnala” nareszcie mogła ujrzeć światło dzienne. A trzeba przyznać, że trochę wody w Wiśle upłynęło, nim do tego doszło.

Wszystko zaczęło się 10 lat temu. Kiedy okazało się, że uniwersum nowego Final Fantasy będzie miksem świata fantasy z nowoczesną technologią, Shimomurze z miejsca ten pomysł bardzo się spodobał. Zwróciła uwagę, że romans serii ze światem nowych technologii miał miejsce w poprzednich odsłonach i że zrobiono to przy jednoczesnym zachowaniu szacunku dla jego fanów. Uznała zatem, że podobną filozofię można zastosować w jeszcze większym stopniu przy komponowaniu soundtracku do „piętnastki”, a także kolejnych części – że da się stworzyć uniwersalną muzykę w stylu fantasy łącząc ją z innymi, nieco uwspółcześnionymi motywami, tak aby jedno drugiemu zbytnio nie zawadzało.

Zebrana przez nią ekipa pracowała w pocie czoła przez te wszystkie lata, aby podołać nowemu wyzwaniu. Kiedy w końcu wybiła godzina „zero”, okazało się, że Final Fantasy XV jest bardzo dobrą grą i zdecydowanie przewyższyła moje oczekiwania. Co się zaś tyczy muzyki, to muszę przyznać, że zarówno po pierwszym, jak i każdym kolejnym odsłuchu, w mojej głowie pojawiało się jedno pytanie, które uwierało mnie jak kamyk w bucie i za każdym razem niweczyło mój plan wystawienia albumowi końcowej noty. To pytanie brzmi: czy to jeszcze jest Final Fantasy?

Zebrana przez nią ekipa pracowała w pocie czoła przez te wszystkie lata, aby podołać nowemu wyzwaniu.

Omówienie Final Fantasy XV Original Soundtrack zacznę od tego, co rzuca się w nim w oczy jako pierwsze – różnorodność. Jeśli zapytalibyście mnie dzisiaj, do jakiego gatunku muzyki przypisałbym ów album, to w odpowiedzi usłyszelibyście „w zasadzie to do każdego”. Znajdziemy na nim bowiem reprezentację szerokiej palety dźwięków: trochę symfonii, trochę rocka, trochę elektroniki, jazzu, bluesa, country, samby… Trochę wszystkiego. Jako stary wyga gier z gatunku jRPG jestem przyzwyczajony do tego, że muzyka w nich jest komponowania na podstawie jednego, góra dwóch gatunków, tak aby koniec końców odpowiadała stylowi całej gry. Ale z takim rozrzutem jak w Final Fantasy XV nie miałem chyba jeszcze nigdy do czynienia. Może to dlatego, że gra sporo różni się od swoich poprzedniczek i wymaga osobnego podejścia w kwestii muzyki. Więc Shimomura, zgodnie z zapowiedziami, oprócz symfonii dodała co nieco „od siebie” i pozwoliła zwerbowanym przez siebie artystom rozwinąć skrzydła i wprowadzić do gry parę smaczków w swoim stylu.

I tak na przykład Tetsuya Shibata dostarczył pokaźny zestaw chilloutu, który towarzyszy graczowi podczas zwiedzania kurortu nad plażą bądź innych bezpiecznych od zagrożeń miejsc jak Safe Haven Galdin Quay czy wprowadzające do albumu nieco kubańskich rytmów Lestallum; przywodzący klimat rodem z Monster Huntera utwór pod wymowny tytulem The HunterBroken Bonds ze świetnym połączeniem fortepianu i gitary elektrycznej (trochę powiało klimatem DMC); nie wspominając już o prawdopodobnie najlepszym (bo jedynym) wykorzystaniu potencjału organów w Hammerhead

Yoshitaka Suzuki, oprócz sprawdzającego się podczas walki z losowymi potworami Hunt or be Hunted, w duecie z Shimomurą stworzyły okryte tajemnicą ARDYN, które prędzej spodziewałbym się usłyszeć obok Kefki z Final Fantasy VI, oraz pochodzące rodem ze wschodnich klimatów i wprowadzające podczas eksploracji w cudowny nastrój Wanderlust, co z języka niemieckiego w luźnym tłumaczeniu oznacza zamiłowanie do włóczęgi. Jak najbardziej adekwatne. Duet ten ma jeszcze inny wkład do tego albumu, ale o tym za chwilę.

Szkoda, że występ Uematsu na tym albumie ograniczono do nowych aranżacji jego co bardziej znanych utworów.

Na koniec warto wspomnieć o Yoshino Aoki i jej debiucie z wykorzystaniem skrzypiec w jednym z motywów bitewnych Reel Rumble (a w innym całkiem sprawnie sobie poradziła z gitarą we Flying R) oraz akordeonu w Welcome to the Royal Suite. Z kolei zaliczający na tym albumie gościnny występ Shota Nakama dostarczył jeden z fajniejszych rockowych utworów utrzymanym w klimacie motywu drogi Bros on the Road. Sama Shimomura również dała się ponieść stylowi nowego „fajnala”, dorzucając od siebie m.in. funkowy Urban Chrome, country w A Quick Pit Stop, swój ukochany jazz w Dining Car, a nawet walca w Valse di Fantastica i Starlit Waltz. Szkoda, że występ Uematsu na tym albumie ograniczono do nowych aranżacji jego co bardziej znanych utworów, jak np. motyw przewodni Final Fantasy czy motyw Chocobo w rytmie bluesa.

Problem tylko polega na tym – i to w zasadzie mój jedyny zarzut do artystki – że prawdopodobnie w trakcie procesu komponowania włączyła się w jej głowie lampka z napisem Kingdom Hearts.

I muszę przyznać, że słuchało mi się tego wszystkiego całkiem dobrze. Podoba mi się styl wymienionych utworów i pasują do klimatu nowego „fajnala”, jednak wciąż nie jestem w stanie tego samego powiedzieć w odniesieniu do całej serii. Gdybyście dali mi płyty z czystym nadrukiem z tymi utworami na pokładzie i w przezroczystym opakowaniu, w ogóle bym nie wpadł na to, że mam do czynienia z Final Fantasy. Na szczęście (?) album posiada też i takie kawałki, które w pewien sposób oddają klimat starej, dobrej serii, którą wszyscy znamy i uwielbiamy. Bo musisz wiedzieć, drogi czytelniku, że muzyczna siła Final Fantasy tkwi tam, gdzie kończy się sielanka, a zaczyna symfonia. A tej na albumie jest ci pod dostatkiem, bowiem zdecydowaną większość utworów stanowi twórczość Shimomury w wykonaniu Video Game Orchestra z Bostonu. To właśnie takie kawałki jak The Niflheim EmpireCosmogony czy Song of the Stars oraz mój osobisty faworyt NOCTIS, gdzie orkiestra jak zwykle daje z siebie sto procent, aby wykonanie było idealne jak w szwajcarskim zegarku, pokazują, że mamy do czynienia z Yoko Shimomurą w całej okazałości.

Problem tylko polega na tym – i to w zasadzie mój jedyny zarzut do artystki – że prawdopodobnie w trakcie procesu komponowania włączyła się w jej głowie lampka z napisem „Kingdom Hearts”. Shimomura zadziałała zbyt zachowawczo, przez co można odnieść wrażenie, że niewiele jest takich utworów, które pozwoliłoby artystce na chwilę zrzucić z siebie łatkę autorki muzyki do KH. Niewykluczone, że bardziej niż jej przyzwyczajenie winę poniekąd ponosi z góry narzucony styl nowego Final Fantasy, przez co Shimomura nie chciała zbytnio przeszarżować w swojej twórczości. Trochę szkoda, bo jak eksperymentować, to po całości.

Jednak najlepsze zachowałem na koniec. Dajmy orkiestrze chór, dodajmy parę nowych instrumentów i podkręćmy nieco tempo, a w efekcie otrzymamy pokaźny zestaw prawdopodobnie najlepszych motywów bitewnych w historii serii Final Fantasy! APOCALYPSIS NOCTIS i jego bliźniak z dołączoną gitarą APOCALYPSIS AQUARIUS autorstwa Shimomury to motywy, z którymi spędziłem najwięcej czasu i za każdym razem przyprawiają o gęsią skórkę. Trudno też zapomnieć o The Hydraean’s Warth duetu Shimomura-Suzuki w brzmieniu sprawiający wrażenie, jakby został żywcem wyjęty z przygodowego filmu akcji, nieco bardziej okraszonego elektroniką RAVUS ALTERNA (znowu Shimomura) oraz wspomnianymi wcześniej kawałkami od Yoshino Aoki i wiele innych. Najbardziej jednak polecam przesłuchać końcowe Magna Insomnia – motyw jednego z najciekawszych antagonistów, na jakiego seria Final Fantasy musiała czekać od wielu, wielu lat. Czy przebija Sephirotha i One Winged Angel? To już temat na dłuższą dyskusję.

Yoko Shimomura odwaliła kawał dobrej roboty i myślę, że w pełni zasługuje na miejsce obok innych kompozytorów muzyki do serii Final Fantasy.

otaku.com

Dochodzimy teraz do punktu kulminacyjnego i jednocześnie najważniejszego elementu tej recenzji, czyli odpowiedzi na to jedno pytanie, które tak długo mnie nurtowało: czy to jeszcze jest Final Fantasy? Odpowiedź brzmi: tak. Mam świadomość tego, że Final Fantasy XV Original Soundtrack nie jest idealne i że pojawia się w nim wiele nowych rzeczy, które nijak mają się do tego, co dane nam było usłyszeć w tych pierwszych, bardziej znanych „fajnalach”. Ale jedno z całą pewnością muszę przyznać: że artyści podołali zadaniu. Pamiętacie jeszcze, na czym ono polegało? Na stworzeniu soundtracku, który zachwyci fanów serii oraz zupełnych świeżaków.

Myślę, że zarówno grę, jak i soundtrack najlepiej charakteryzuje plansza na początku Final Fantasy XV z napisem „for Fans and First-Timers”. Square Enix starało się stworzyć grę łączącą elementy znane weteranom serii z tymi, które przypadną do gustu zupełnie nowym w temacie Final Fantasy. Efekt jest taki, że powstał tytuł, który zachwyca zarówno jednych, jak i drugich. To samo jest z soundtrackiem. W moim odczuciu – a mówię to jako fan serii Final Fantasy – choć są na tym albumie rzeczy, które nie do końca pasują do klimatu serii, z którą jestem od lat, tak koniec końców całości słuchało mi się bardzo przyjemnie. I to zarówno w grze, gdzie muzyka wywiązuje się ze swojej roli i w pełni oddaje to, co dzieje się na ekranie, jak i poza nią. Yoko Shimomura odwaliła kawał dobrej roboty i myślę, że w pełni zasługuje na miejsce obok innych kompozytorów muzyki do serii Final Fantasy.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.