Final Fantasy XVI nie jest tym „Final Fantasy”, do którego przywykli fani. Schemat zakładający klasyczny konflikt dobra ze złem w barwnym świecie fantasy, gdzie magia i miecz stanowią podstawę jego funkcjonowania został zastąpiony przez ogólną szaro-burość, śmierć, pożogę i historię, której nie powstydziłby się sam George R.R. Martin. Square Enix postanowiło na nowo zdefiniować serię, wprowadzając do niej więcej poważnych tonów i podkręcając rozgrywkę. Zmiany objęły wszystkie elementy gry, wliczając w to również muzykę.

Wśród fanów Final Fantasy nazwisko Sokena stało się synonimem najwyższej jakości.

Od czasu, gdy Nobuo Uematsu przestał pełnić funkcję naczelnego kompozytora serii Final Fantasy, Square Enix obrało taktykę, by do każdej kolejnej odsłony zapraszać innego artystę. I tak w kolejnych częściach Final Fantasy mogliśmy usłyszeć twórczość Masashiego Hamauzu, Hitoshiego Sakimoto oraz Yoko Shimomury. Teraz do tego grona dołączył także Masayoshi Soken. Choć jego portfolio nie jest tak pokaźne, jak pozostałej trójki, to jednak nie można Sokenowi odmówić talentu. Szczególnie gdy przesłucha się jego twórczości w Final Fantasy XIV. Praca przy odrodzonej „czternastce” i kolejnych dodatkach do gry sprawiły, że wśród fanów Final Fantasy nazwisko Sokena stało się synonimem najwyższej jakości. Nic więc dziwnego, że ci z entuzjazmem przyjęli informację o awansie artysty na głównego kompozytora Final Fantasy XVI. Tylko czy doświadczenie z grą MMORPG wystarczy, żeby podołać temu zadaniu?

Cóż, sam Soken wspominał w wywiadach, że długie lata pracy nad muzyką do gry MMO nieco utrudniało mu płynne przejście do komponowania melodii pod grę dla pojedynczego gracza. Nie pomagał też fakt, że muzyka do Final Fantasy XIV w większości cechuje się ogromną różnorodnością i lekkimi melodiami, co mocno kontrastuje z klimatem mrocznego fantasy osadzonej w średniowieczu „szesnastki”. Ostatecznie Sokenowi wraz z Takafumi Imamurą, Daiki Ishikawą, Saya Yasaki, oraz Justinem Friedenem (wcześniej współpracował z nimi przy „czternastce” i dodatkach do niej) udało się dostarczyć soundtrack liczący ok. 200 utworów, wliczając w to różne wariacje motywów głównych postaci występujących w grze. I choć wprawne ucho wychwyci, że znajdują się na nim pewne naleciałości po popularnym MMO od Square, to stanowi zaledwie niewielki procent całości. Bowiem w rzeczywistości soundtrack do Final Fantasy XVI to w pełni oryginalna twórczość, w której zaledwie raz czy dwa razy puszczono oko do fanów serii.

Za dobry motyw bitewny jestem w stanie uciąć sobie rękę. Tych w Final Fantasy XVI jest na szczęście od groma.

„Monumentalny” to słowo klucz, które idealnie opisuje zarówno grę, jak i soundtrack do Final Fantasy XVI. O ile muzyka w „piętnastce” była bardziej nastawiona na melodie towarzyszące nam w podróży (nieważne czy pieszo, czy samochodem, ale zawsze z ekipą), w „szesnastce” muzyka stanowi mocne dopełnienie już i tak przepełnionych adrenaliną i bijących po oczach scen akcji. Matko i córko, ewidentnie słychać, że to właśnie w tych momentach włożono najwięcej serca!

Zacznę od utworów, które skupiły moją największą uwagę — Find the Flame oraz Away. Motywy te powiązane są odpowiednio z braćmi Clive’em i Joshuą Rosfieldami, kiedy przemienili się w Eikonsy Ifrit i Phoenix. Oba utwory są bogate w cały wachlarz instrumentów, przepięknie zorkiestrowane i biją z nich potężne dźwięki dopełnione chórem. Ale jest też między nimi pewna różnica: Find the Flame jest zdecydowanie bardziej energiczny i konsekwentny w swojej melodyjności, podczas gdy w Away czuć z jednej strony smutek, a z drugiej ciężar odpowiedzialności, jaki spoczywa na barkach młodego Rosfielda. Oba te utwory są istotne z punktu widzenia historii opowiedzianej w grze, ale też stanowią filar całego soundtracku. Jest też kolejny, najważniejszy aspekt: sprawiają, że słuchając ich ciarki przechodzą po plecach.

Każdy kto mnie zna wie doskonale, że za dobry motyw bitewny jestem w stanie uciąć sobie rękę. Tych w Final Fantasy XVI jest na szczęście od groma, a Find the Flame oraz Away stanowią zaledwie niewielką ich część. Szczególnie warte uwagi są motywy słyszane w trakcie walki z Eikonami, jak Control, To Sail Forbidden Seas czy Ascension. Utwory zostały napisane w stylu muzyki klasycznej, z naciskiem na instrumenty smyczkowe i dęte blaszane oraz z wykorzystaniem chóru. Wyjątki stanowią dwa motywy: pierwszy grany podczas walki z Titanem, Heart of Stone, który został utrzymany bardziej w stylu muzyki rockowej oraz drugi, jakim jest motyw Typhon, Catacecaumene, gdzie zadomowiła się elektronika. Słowami nie da się opisać poziom epickości, jaki bije z tych kawałków.

To samo można powiedzieć o pozostałych motywach granych podczas generycznych starć i walk z mid-bossami, jak Sixteen Bells, On the Shoulders of Giants (tę bębny…) czy Color or Cracle. No i oczywiście nie mogę tu nie wspomnieć o No Risk, No Reward, z którym spędziłem chyba najwięcej czasu. Szczególnie robi wrażenie po pierwszej minucie, kiedy utwór nieco przyśpiesza i dorzucane są dodatkowe instrumenty dęte. Czy istnieje coś bardziej zagrzewającego do walki?

Ale to nie jest tak, że soundtrack składa się tylko z pompujących adrenalinę melodii. Album zawiera także utwory, które dają graczowi nieco wytchnienia. Te są eksponowane zwłaszcza w momentach eksploracji wpółotwartych terenów (np. Lovely, Dark, and Deep, WhitewaterHistoire) oraz w trakcie odwiedzania konkretnych miejscówek (np. Hide, HideawayOur Terms). W tych utworach tempo zostało znacznie obniżone i pojawił się zupełnie nowy zestaw instrumentów (fortepian, flet), dzięki czemu zdecydowanie łatwiej jest się przy nich zrelaksować i cieszyć się otaczającą naturą. Zaś podziwianie ogromnej architektury przypominające budowle rodem z „Władcy Pierścieni” czy „Gry o Tron” lepiej wypada przy kompozycjach typu A Rose Is a Rose. Czuć w nich przepych, potęgę i władzę… którą za chwilę może trafić szlag.


Koncert z muzyką do gier Final Fantasy w Polsce!


Warto też wspomnieć o jeszcze jednym, ważnym utworze: głównym motywie Jill Warrick, czyli My Star. Bardzo powolny utwór wokalny zagrany w całości na fortepianie, którego przearanżowana wersja orkiestrowa zatytułowana My Lady pojawiła się w innym, równie kluczowym momencie w grze. Jest to jeden z bardzo nielicznych momentów w całym albumie, gdzie słychać kobiecy wokal. A mając na uwadzę, w jakich momentach jest przygrywany i której postaci dotyczy, mocniej uderza w czuły punkt.

Final Fantasy XVI jest monumentalne, ma wciągającą historię i wizualnie powala. I mimo to, że jest naprawdę bardzo dobrą grą, ma swoje wady. Jedną z nich jest to, że brakuje w grze tego małego pierwiastka szaleństwa znanego z poprzednich części. Takiego, który dałby mi jednoznacznie do zrozumienia, że mam do czynienia z Final Fantasy przez dwa duże F. To samo mogę powiedzieć o soundtracku. Albumu do dziś przyjemnie mi się słucha, szczególnie sekcje bitewne. Zaś całość jak ulał pasuje do brudnego i brutalnego klimatu gry. Soken wykonał kawał bardzo dobrej roboty, a jego dzieło zdecydowanie znajdzie się na mojej shortliście do Albumu Roku.

Trochę brakuje mi odważnych zabaw z różnymi stylami i gatunkami muzycznymi.

Z drugiej strony trochę brakuje mi odważnych zabaw z różnymi stylami i gatunkami muzycznymi. Nawet w „piętnastce” udało się to zrobić i to z nawiązką. Jednak w przypadku muzyki do Final Fantasy XVI od samego początku wiedziano, jaką drogą należy podążać i trzymano się wyznaczonego kursu do samego końca: ma być wszystkiego dużo, ma być donośnie, ale bez tej szczypty magii, którą znamy z poprzednich odsłon serii. Widać taka jest cena zmian, przez jakie przechodzi cała seria. Ciekaw jestem, jak daleko one zabrną…

Czytaj więcej:

  • Podcast – Słuchaj gier #83 „Muzyka Studia Lucasfilm Games”

    Podcast – Słuchaj gier #83 „Muzyka Studia Lucasfilm Games”

    Zaprojektowany przez kompozytorów ze studia Lucasfilm Games system iMUSE był programem, który miał wnieść tworzenie gier komputerowych na nowy poziom. Wspólnie z naszym gościem specjalnym, Ryszardem Chojnowskim, wyruszamy w muzyczną podróż do przeszłości, by odkryć tajemnice małpiej wyspy. więcej

  • Final Fantasy VII Rebirth – otwarty świat dźwięków

    Final Fantasy VII Rebirth – otwarty świat dźwięków

    W mojej recenzji albumu Final Fantasy VII Remake zwróciłem uwagę na to, że choć soundtrack został wykonany porządnie, to jednak sama zawartość niczym mnie nie zaskoczyła. Mój niski niewielki entuzjazm wynikał z tego, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat przesłuchałem więcej

  • The Callisto Protocol – znakomite audio niezłej gry

    The Callisto Protocol – znakomite audio niezłej gry

    The Callisto Protocol to długo wyczekiwana przez graczy produkcja twórców kultowego horroru Dead Space. Po premierze gra doczekała się jednak mnóstwa negatywnych recenzji i fali krytyki. Moim zdaniem niesłusznie. Gracze oczekiwali prawdopodobnie kolejnego Dead więcej

  • Opinia: Dużo za dużo (i za długo)?

    Opinia: Dużo za dużo (i za długo)?

    Wybór albumu roku jak co roku niesie za sobą dużo emocji, ale też uwydatnia pewne problemy, z którymi prędzej czy później musimy się zmierzyć. Wielokrotnie wspominaliśmy chociażby o tym, że w ciągu 12 miesięcy musimy przesłuchać od groma albumów. więcej

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.