Piotrowi Musiałowi udało się uchwycić esencję Frostpunka w sposób, w który udałoby się to niewielu. Czymże bowiem jest Frostpunk? To steampunkowa opowieść o przetrwaniu nielicznych w nieznających litości warunkach.

To wiktoriańska na wskroś, romantyzowana historia batalii z czasami ostatecznymi. 11 bit studios popełniło niemal perfekcyjną fuzję city buildera i survivalu, umiejętnie przeplatając rozbudowę aglomeracji oraz mikrozarządzanie ograniczonymi zasobami, z pośród których najbardziej brakującym będą ręce do pracy. To drobna produkcja z raptem trzema scenariuszami, ale spełniająca wszelkie pokładane w niej oczekiwania i dająca nie tylko frajdę z budowania ostatniego miasta na ziemi, ale również pompująca żywiej krew w bardziej ekstremalnych momentach rozgrywki.

W soundtracku dominuje kwartet smyczkowy Atom String Quartet, którego tęskne dźwięki rozlewają się przygasłym ciepłem nadziei.

Przepiękna stylistyka i oprawa wizualna kąsająca w oczy mrozem zasługują na odpowiednią muzykę; partytura Musiała sprawdza się w tej materii wybornie. W soundtracku dominuje kwartet smyczkowy Atom String Quartet, którego tęskne dźwięki rozlewają się przygasłym ciepłem nadziei. Gdy wymaga tego sytuacja, kwartetowi wtórować zaczyna bułgarska Sofia Session Orchestra, a nie brakuje również ambientowej elektroniki, która w subtelny sposób rozbrzmiewa pośród lodowych wichrów. Każdy element wydaje się skrupulatnie wyważony i dobrany zgodnie z konkretnymi cechami gry. Chociażby sam kwartet smyczkowy – nic przecież nie stałoby na przeszkodzie, by wykorzystać orkiestrę w pełni i zadudnić potęgą z naszych zdrojów sonicznych. Frostpunk jednak nie jest grą, w której zarządzamy metropoliami, a raptem przewodzimy maleńkim koloniom.

Nowy Dom doprowadził mnie na skraj wycieńczenia nerwowego.

Każde życie jest cenniejsze od złota, a rola jednostki, zazwyczaj zmarginalizowana w RTS-ach, jest tutaj wręcz kolosalna. Stąd też emfaza przeniesiona słusznie została na granie mniejszym składem instrumentalnym. Dzięki temu muzyka staje się intymniejsza, a nasza rola jako zarządcy kolonii paradoksalnie ważniejsza. Co nie znaczy, że finał scenariusza Nowy Dom nie doprowadził mnie na skraj wycieńczenia nerwowego, gdy temperatura zaczęła pikować w ekstremalne mrozy, a z każdym spadkiem o 10 stopni Celsjusza kompozycja puchła, nakręcając adrenalinę w moich żyłach, jakbym grał w tytuł akcji. Jeżeli miałbym się doszukiwać na siłę skojarzeń, to padłoby na wcześniejsze prace Clinta Mansella i Kronos Quartet, oraz momentami chłodniejsze kompozycje Ramina Djawadiego z Gry o tron.

Na szczególne wyróżnienie oprócz muzyki zasługuje również sound design. Tak soczystych dźwięków dawno nie słyszałem w polskim tudzież światowym tytule. Pracując z bardzo ograniczoną teoretycznie paletą udało się zarówno sound designerom, jak i Piotrowi Musiałowi stworzyć bliskie doskonałości oblicze Frostpunka, współgrające z grafiką bladobłękitną od znoju, przetkniętą żółcieniami nadziei. To obraz kompletny, stworzony przez utalentowanych artystów.

Pracując z bardzo ograniczoną teoretycznie paletą udało się zarówno sound designerom, jak i Piotrowi Musiałowi stworzyć bliskie doskonałości oblicze Frostpunka.

Obraz próbujący w co wrażliwszym odbiorcy zadać pytania: a jak my postąpimy w sytuacji ostatecznej? Jakie społeczeństwo stworzymy, gdy aktualne upadnie? Będziemy w stanie współpracować ze sobą czy będziemy na sobie żerować aż do smutnego kresu? Ważne, by nie odpowiedział nam wiatr.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.