Gdybyśmy przyznawali odpowiednik Złotej Maliny za najnudniejszy, najbardziej sztampowy i najbardziej „wal się, słuchaczu” soundtrack, to edycję 2016 wygrałby Ramin Djawadi ze swoim dziełem do Gears of War 4.

Utalentowany uczeń Hansa Zimmera, autor świetnej ścieżki do Iron Mana, akceptowalnej muzyki z filmowego Warcrafta i doskonałej partytury do Gry o tron; autor, który w ostatnim odcinku 6. serii dał nam genialny aranż w utworze Light of the Seven, a od niedawna można go usłyszeć w innym serialu HBO – Westworld – zaoferował fanom Gears of War takie… ścierwo.

Długo się zastanawiałem, czy w ogóle napisać tę recenzję, ponieważ zazwyczaj chcę zwracać Waszą uwagę w stronę ciekawych i niejednokrotnie odkrywczych kompozycji, pokazujących, że muzyka z gier jest równie ambitna, a coraz częściej ambitniejsza od tego, co serwują nam kompozytorzy stricte filmowi. Trudno jednak było mi przejść obojętnie wobec takiego tytułu i takiego nazwiska. Są ludzie, od których mamy prawo wymagać, ponieważ ich umiejętności stają się marką, a podpis autora jest znakiem jakości. Dlatego też postanowiłem nie stosować taryfy ulgowej względem Ramina.

Ma się wrażenie, ze Djawadi postanowił zostać drugim Hansem Zimmerem i uznał, iż jego nazwisko wystarczy, by sprzedać ścieżkę dźwiękową.

Ma się wrażenie, ze Djawadi postanowił zostać drugim Hansem Zimmerem i uznał, iż jego nazwisko wystarczy, by sprzedać ścieżkę dźwiękową. Problem polega na tym, iż Zimmer nawet w swoim (monotonnym od pewnego czasu) sposobie komponowania potrafi zawrzeć coś unikalnego. Ramin natomiast nie stworzył takiego elementu dla Gears of War. Jedynie słusznym kompozytorem moim zdaniem był Kevin Riepl. Jego Gearsy brzmiały dokładnie tak, jak sugerowała historia.

Brud, niepokój, patos, wszechobecne śmierć i zniszczenie. Do tego militarne zadęcie blach, prawie rockowa perkusja i ścieżki ambientowe, których nie powstydziłby się w swoim filmie nawet Hitchcock, tyle tam napięcia i grozy. Steve Jablonsky też to rozumiał i chętnie powybierał najbardziej rozpoznawalne dźwięki z kompozycji Riepla i przez dwie kolejne części serii umiejętnie modyfikował ten materiał, dodając od siebie tyle, ile było niezbędne, by muzyka zgrała się z nową fabułą.

Po serii trzech świetnych soundtracków fani mieli prawo z wypiekami czekać na czwartą część, a gdy się okazało, że kompozytorem będzie Ramin Djawadi, niejednemu musiała pocieknąć ślina. Niestety, praktycznie cała partytura składa się na zmianę z szarpanych rytmicznych fragmentów oraz przeciągłego legato. I tyle. Muzyka jednej sztuczki. Brak tu zróżnicowania, które towarzyszyło muzyce Riepla i Jablonsky’ego, próżno szukać zaskakujących przejść, niepokojących melodii, syntez rodem z horroru science fiction. Ba, brak tu nawet typowego dla uczniów Zimmera, nadużywania przesterowanych bębnów filmowych.

Wszystko jest gładkie, mdłe i pozbawione pazura, z którego Gear of War zasłynęło. Najlepiej, a raczej najgorzej, prezentuje to Main Theme, który jest wykastrowaną wersją tego, co skomponował Kevin Riepl. Poza tym, serio?! A Nightmare Reborn zawiera dokładnie ten sam motyw co w Light of the Seven! Jeżeli to miał być smaczek, to nie wyszło, bo co innego zrobić wariację E1M1 At Doom’s Gate, a co innego kserować własny pomysł do zupełnie innego tytułu.

Brak tu zróżnicowania, które towarzyszyło muzyce Riepla i Jablonskyego, próżno szukać zaskakujących przejść, niepokojących melodii.

Niestety, Ramin zawiódł po całości. Stworzył muzykę, która brzmi jak koncept studenciaka napisany zgodnie z podręcznikiem muzyki filmowej, w najmniejszym stopniu nie przypominając ani poprzednich części Gears of War, ani dojrzałości kompozytorskiej, jaką Djawadi bezsprzecznie posiada.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.