Jeśli chodzi o muzykę w grach akcji, to zawsze mam z nią problem. Od takich zazwyczaj wymagamy wiele, a może nawet więcej, niż od produkcji należących do innych gatunków. W przypadku Gears of War jest podobnie – cała seria ma wgniatać w ziemię pod każdym względem, a każda kolejna odsłona ma być lepsza od poprzedniej. Ostatnia, czwarta część z podtytułem Judgment, najwidoczniej łamie tę zasadę, a w przypadku muzyki – burzy ją niemal całkowicie.

Steve Jablonsky doskonale wiedział, co chce zrobić i cel swój osiągnął.

Przyznam się bez bicia, że GoW uważałem za grę nie z mojej bajki, ale ostatecznie mogę powiedzieć – grało mi się bardzo przyjemnie. Jeśli zaś chodzi o muzykę, to druga i trzecia część to prawdziwe Action Scores. Steve Jablonsky doskonale wiedział, co chce zrobić i cel swój osiągnął. Dlatego też zdziwiło mnie, że komponując wraz z Jacobem Shea muzykę do Judgment obrał zupełnie inny kierunek. Razem stworzyli coś, co bardziej przypomina dzieło Kevina Riepl z pierwszego Gears of War, przez co zafundowano słuchaczom swoisty powrót do przeszłości. To trochę tak, jakby hasło „robimy prequel serii” miało dotyczyć również soundtracku.

Każdy, kto liczył na muzykę rodem z filmu akcji z prawdziwego zdarzenia, przy użyciu całej gamy instrumentów i nałożonej na wydobywające się z nich dźwięki orkiestralnych rytmów, może się nieco zawieźć. Ilość instrumentów została zredukowana, przez co soundtrack został pozbawiony „pazura” znanego z ostatnich dwóch części. Brzmienie jest teraz nieco bardziej powolne, mroczne, nie dające żadnej nadziei (wyobraźcie sobie, że za chwilę ma nadejść koniec świata i już nic nie można z tym zrobić), ale o wywołaniu gęsiej skórki raczej nie ma mowy. Za przykład mogą posłużyć początkowe utwory, jak chociażby Undefined ChargesUpper Reaches, czy nieco bardziej dynamiczny High Surge. W takiej właśnie atmosferze utrzymany jest cały album.

Trudno jest mówić o jakimkolwiek urozmaiceniu.

W tym momencie wychodzi na jaw największa wada tego typu muzyki, która denerwuje mnie najbardziej. Mianowicie cały soundtrack został skomponowany tak, jakby miał za zadanie po prostu grać gdzieś w tle. Taki zapychacz, żeby nie było cicho. I tak też jest: muzyki w grze da się słuchać, bo w żaden sposób nie przeszkadza, a część z graczy nawet by jej nie zauważyła. Jednak słuchanie poza nią nie ma najmniejszego sensu. Dlaczego? Ponieważ trudno jest mówić o jakimkolwiek urozmaiceniu, a jeśli już takie istnieje, to nie jest ono jakoś specjalnie słyszalne.

Ot, ewentualne zmiany tempa lub dodanie paru instrumentów, co niestety tylko w bardzo minimalnym stopniu jest w stanie zasłonić panoszącą się po soundtracku monotonię. Ujmę to tak: gdybym zasłonił sobie oczy, a ktoś puściłby mi wszystkie te utwory po kolei, to nie wiem, czy największą trudność sprawiłoby mi odróżnienie ich (Hold the Line kontra Evac Zone), czy też to, od której strony zaczęto mi przygrywać – od początku czy od końca albumu.

Niestety, na tej długiej, asfaltowej drodze jedyną atrakcją było liczenie przydrożnych słupków.

Słuchanie całego soundtracku z Gears of War: Judgment przypomina nieco rodzinną przejażdżkę autem niedzielnym popołudniem – jest nudna i przewidywalna do bólu, jeśli zna się intencje kierowcy, który od samego początku wybiera prostą drogę i kurczowo się jej trzyma. Dlatego przez te 57 minut szukałem czegoś, co mogłoby tę podróż nieco urozmaicić i najlepiej zrobić to w stylu GoW, jak np. potrącenie jelenia. Niestety, na tej długiej, asfaltowej drodze jedyną atrakcją było liczenie przydrożnych słupków.

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.