GRIP wjechał w graczy bez litości, pokazując, jak kiedyś robiło się gry i dla kogo. To nie jest samograj, to rzeźnia, w której tylko skill decyduje o lokacie na mecie. To Rollcage 3, a dla tych, co nie pamiętają, prosta droga by dostać zeza albo innego załamania percepcji, bo przy kilkuset kilometrach na godzinę, jadąc po sufitach i rozmywając ekran rozmaitymi znajdźkami, poczujecie się jak w erze PSX-a.

To jest gra dla prawdziwych graczy, ociekających potem czoła, z przekrwionymi od niemrugania oczami i siedzących na krawędzi fotela, charakterystycznie pochylonych w stronę ekranu.

Sięgnąć po niszową muzykę klubową wymagało odwagi.

Jednak nie samą prędkością stali protoplaści GRIPa. Oryginalne Rollcage’e posiadały jedne z odważniejszych soundtracków licencjonowanych tamtych lat. Sięgnąć po niszową muzykę klubową wymagało odwagi nawet wówczas, gdy każda gra miała dystynktywną ścieżkę dźwiękową. Dzisiaj nie jest to już tak niespotykane. W ciągu ledwie miesiąca wyszły dwie gry posiadające muzykę ze stajni Hospital Records: Forza Horizon 4 i właśnie dzieło Caged Element.

Muzyka z GRIPa została wydana w przepiękny sposób. Kolekcjonerka, którą posiłkuję się przy recenzji, to dwa 12-calowe winyle i dwie płyty CD. Co ciekawe obie opcje są konieczne, ponieważ płyty winylowe posiadają skrócone wersje utworów, co było niezbędne, by zmieścić całość soundtracku na czarnych plackach.

Zabieg to niezbyt koszerny, ale uznajmy jedną rzecz. Elektronika klubowa zawsze robi lepsze wrażenie puszczana z gramofonu. Jest w tym jakaś pokrętna technomagia, gdy muzyka stworzona niemal w całości z elektryczności najlepiej broni się na najstarszym przetrwałym nośniku fonograficznym. Niezależnie jednak od tego, czy słuchacie z winyli czy z CD, czeka Was nie lada masaż. Tego soundtracku nie wolno słuchać z głośników niereprodukujących basu. Nie wypada. Cały ten jungle, drum’n’bass i neurofunk z kilkoma wolniejszymi kawałkami wymaga subwooferów, by oddać prawdę zawartą w kompozycjach.

grip_04

To w żadnym miejscu nie jest muzyka dedykowana pod szerszą publiczność. Zaakceptuj ją, lub nie graj w nasz tytuł, wiadomość twórców wydaje się sama nasuwać. Rollcage nie mizdrzyło się do mas, nie liczcie więc, że GRIP będzie inny. To wyścigi w postapokaliptycznym świecie, możemy zatem śmiało założyć, że drum’n’bass stanie się wówczas odpowiednikiem folku. Nie szukajcie tu ckliwych melodii, albo czegoś przesadnie rozbudowanego harmonicznie.

Czeka Was za to bardzo intrygująca podróż przez bardziej unikalne sound designy muzyki elektronicznej i rozwiązania kompozytorskie hermetyczne dla tego typu produkcji. Oczywiście trafią się puryści-malkontenci, którzy powiedzą, że Rollcage miał lepszą muzykę, ale to nie jest prawda. Muzyka była taka sama, po prostu techniki kompozytorskie i realizatorskie ewoluowały i dzisiaj elektronika brzmi inaczej. Sama dusza jednak pozostała nietknięta i nadal mamy do czynienia z pełnokrwistym podziemiem klubowym.

Można tu odkryć masę świetnych kawałków, ale osobiście wyszczególniłbym dwa arcydzieła, które nie tylko doskonale pracują basem, ale mają w sobie coś szczególnego. Jeżeli zastanawiacie się, czy to soundtrack dla Was, puśćcie sobie Rawtekk – Restless, tudzież Imperium – Cerbera.

Oczywiście trafią się puryści-malkontenci, którzy powiedzą, że Rollcage miał lepszą muzykę, ale to nie jest prawda.

No i pora na solidną porcję dziegciu do tego słoja miodu. Implementacja. Niestety w grze, w której samochody przerastające ciężarówki bez problemu kleją się do sufitów przy prędkościach mach jeden, a muzyka jest wysycona subbasem, wypadałoby pokombinować, co ma dominować w dole spektrum audio. Dla laików, w basie jest bardzo mało miejsca na dźwięk, przez co trzeba wybierać i inteligentnie kombinować z zależnościami częstotliwości. Niestety Caged Element poszło w częściową kastrację zarówno muzyki, jak i samych silników naszych samochodów. Zwyczajnie momentami słychać nieklarowny szum, gdzie jedynie goniące talerze sekcji rytmicznej potrafią się przebić.

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby to był zamierzony i sporadyczny efekt. Chociażby Doom pokazał, że można zrobić bardzo agresywną ścieżkę muzyczną wraz z brutalnym sound designem i można to umiejętnie połączyć tak, by scalić każdą uncję basu. W GRIP tego zupełnie nie ma. Wszystko gra na sobie, brak praktycznie jakiejkolwiek kreatywnej pracy z routingiem sygnałów albo ciekawszych zabiegów implementacyjnych, które pomogłyby grze robić jeszcze większe wrażenie swoimi efektami, jak i muzyką.

screenshot-1

Nie zmienia to jednak faktu, że soundtrack powstały przy współpracy z Hospital Records to jeden z największych atutów GRIP i sama gra zapewnia tonę frajdy wraz ze split screenem zarówno na PC, XBO, PS4 oraz Switchu i jeżeli jesteście znudzeni grami wyścigowymi, gdzie największe wymagania rzuca Mario Kart 8 Deluxe na 200cc, to nie zwlekajcie dłużej, albowiem większego zastrzyku adrenaliny próżno szukać.

Postanowiłem nagrać specjalnie dla czytelników gamemusic.pl porządny DJ set.

PS Z racji tego, że soundtrack aż się o to prosił, postanowiłem nagrać specjalnie dla czytelników gamemusic.pl porządny DJ set, tak byście mogli odczuć muzykę z gry w trochę inny, bardziej naturalny dla tych kompozycji sposób.

Czytaj więcej:

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.