Zdarzają się jeszcze w moim muzycznym życiu ciarki na ciele. Nieczęsto, ale gdy już się staną, to znak, iż ktoś właśnie popełnił czyste złoto. Odpaliłem sobie Hyper Light Drifter, bo spodobała mi się rozpikselowana szata graficzna. Wszystko takie żywcem z lat 80., piksele, kolory, animacje. Pomyślałem „biorę”, zainstalowałem, odpalam.

Disasterpeace ukuł brzmienie unikatowe i obłędnie hipnotyczne.

Intro leci, pierwsze nuty, a ja już słyszę, że twórca zna się na syntezie. Dźwięki niby proste, niby siekierą ciosane zamiast dłutem, a jak gruchnęło otwarcie oscylatora, to mi się włoski na przedramionach podniosły, a ciarki popłynęły po policzkach. Wrażenie z pogranicza narkotycznych – jeszcze nie zdecydowałem świadomie czy muzyka mi się spodoba, a moje ciało znało już odpowiedź.

Synthwave minimal z balansem przeniesionym właśnie w stronę minimalu. Synthwave został chyba tylko z ogólnego pierwszego wrażenia, bo chociaż syntezy zdecydowanie stąd pochodzą, to zostały potraktowane taką masą efektów, że Disasterpeace ukuł brzmienie unikatowe i obłędnie hipnotyczne. W piękny sposób łączy on dźwięki pianina z padami lekko przesterowanymi bitcrusherem, w tle wrzucając krótkie posamplowane dźwięki Hammonda, zrywające się niczym w glitchu. Niektóre brzmienia przywodzą na myśl muzykę Vangelisa do Łowcy Androidów. Patos jest budowany syntezami naśladującymi partie dęte z orkiestry. Ciężko też nie wyczuć w tym materiale odrobiny inspiracji Daft Punk i ich soundtrackiem z Tron: Dziedzictwo. Jeśli więc lubisz takie brzmienia, czeka Cię uczta.

Melodyka, choć spokojna i melancholijna, potrafi zyskać pazura dzięki ostrzejszym syntezom prawie zahaczającym o neurofunkowe reesy. Pojawiają się również niepokojące kompozycje brzmiące jak Jean-Michel Jarre piszący muzykę dla Szandora LaVeya, w których zastosowane syntezy FM zostały potraktowane metalicznymi przesterami. Jest w tym też ogromna dawka cyfrowego mistycyzmu. Muzyka płynie, praktycznie pozbawiona sekcji rytmicznej, a jeśli nawet pojawia się, to jest surowa i minimalna.

Przestrzeń budują nie tylko pogłosy, ale również wolno opadające noise’y, które stwarzają wrażenie ośmiobitowego kosmosu. Znamy to z czasów Game Boya i NES-a, dlatego też nowe podejście do tematu odświeża go; nowemu słuchaczowi z pewnością otworzy uszy na te brudy i niedoskonałości techniczne sprzętu sprzed lat, które współtworzyły sztukę w grach wideo. Absolutnie cudowny jest fakt, że na album składa się 28 kompozycji, z których najdłuższa trwa 16 minut!

Romans przeszłości ze współczesnością widać na każdym kroku, jest to nowa gra ze świetnymi mechanizmami.

Romans przeszłości ze współczesnością widać na każdym kroku, jest to nowa gra ze świetnymi mechanizmami oraz subtelnie opowiadaną historią, jednak grafika i muzyka, chociaż dziś stworzone, doskonale nawiązują do lat 80. Polecam nie tylko muzykę, ale przede wszystkim samą grę, ponieważ synergia wszystkich elementów, wraz z audio sprawia, że jest to jedno z najprzyjemniejszych doświadczeń estetycznych, jakich możecie zaznać obcując z grą.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.