Nim przejdę do samej recenzji, musimy sobie wyjaśnić jedną sprawę. Przez ostatnich kilka, czy nawet kilkanaście miesięcy, firma Square Enix (a wraz z nią media growe) starała się wpoić nam do głów, że nadchodząca gra Tokyo RPG Factory, czyli I Am Setsuna, będzie swoistym powrotem do złotych czasów jRPG. Padało w tym kontekście wiele nawiązań do takich klasyków jak Final Fantasy, Dragon Quest i Kingdom Hearts.

I Am Setsuna w niemal każdym aspekcie oddaje ducha gatunku z tamtych lat, jednak ma też swoje wady.

Najczęściej pojawiały się porównania do Chrono Triggera, co nieszczególnie powinno dziwić, bowiem sam Atsushi Hashimoto powiedział wprost, że gra Squaresoftu służyła mu za inspirację przez cały proces produkcyjny. Ba, bywały również i takie głosy mówiące, że nowy tytuł tworzony pod skrzydłami SE będzie czymś znacznie lepszym – długo wyczekiwaną kontynuacją serii Chrono.

Jednak po premierze wszyscy musieli stawić czoła rzeczywistości. Owszem, I Am Setsuna w niemal każdym aspekcie oddaje ducha gatunku z tamtych lat, jednak ma też swoje wady, przez co gra jest po prostu dobra. To za mało, aby zyskać miano duchowego spadkobiercy Chrono Triggera.

Jednak moje największe obawy budziła ścieżka dźwiękowa. A miałem ku temu powody. Pierwszym z nich było obsadzenie Tomokiego Miyoshi (wywiad) na stanowisku głównego kompozytora. Wprawdzie ma na swoim koncie debiut przy Soul Calibur V oraz współpracę z innymi znanymi osobami w branży przy ich projektach, jednak tym razem to on sam miał dzierżyć stery tego okrętu i dopłynąć nim bezpiecznie do portu. To dość duża odpowiedzialność jak na kogoś, kto sam wielokrotnie przy każdej okazji podkreśla, że jest młody i niedoświadczony. Drugim powodem była decyzja o wybraniu pianina jako głównego instrumentu w całej grze. W takim przypadku to, czy ścieżka dźwiękowa będzie dobra, zależy w dużej mierze od inwencji twórczej. W przeciwnym wypadku słuchacz zostanie skazany na monotonię, a soundtrack nisko oceniany. I była jeszcze trzecia obawa dotycząca tego, co wcześniej napisałem: że zapowiedź powrotu do „starych dobrych czasów” dotknęłaby również muzyki, co po zderzeniu z rzeczywistością mogłoby spotkać się z falą krytyki ze strony nieusatysfakcjonowanych.

Po osobistym zapoznaniu się z soundtrackiem muszę powiedzieć, że moje obawy – na szczęście! – okazały się mocno przesadzone. Muzyki z I Am Setsuna nie tylko słuchało mi się całkiem dobrze, ale też wyszło lepiej niż zakładałem, że będzie. Miyoshi postawił przed sobą bardzo ambitne zadanie skomponowania muzyki, z pomocą której wyrazi swoją miłość do klasycznych gier jRPG, jednocześnie odrzucając z góry przyjęty plan tworzenia w tym stylu wszystkich elementów gry. Zamiast tego postanowił skupić się na tym, by muzyka współgrała z klimatem I Am Setsuna i opowiadaną przezeń historią. Tym samym zapadła decyzja, że motywem przewodnim całego soundtracku będzie właśnie setsuna, co po japońsku oznacza smutek, a pianino, które zostało wybrane na instrument przewodni w całym albumie, będzie miało za zadanie spotęgować to uczucie.

Trzeba przyznać, że trafił w sedno, bowiem na tym soundtracku smutku ci u nas pod dostatkiem. Niemal cały album obfituje w utwory, w których to uczucie występuje pod różną postacią: trochę w nim melancholii, trochę tęsknoty, trochę niepewności, trochę strachu, a nawet trochę złości. Słychać to już w utworze otwierającym album, The Beginning of the End. Minimalistyczna melodia grana przy użyciu ledwie kilku klawiszy pianina na niskich tonach nie tylko świetnie oddaje klimat gry, ale wprowadza też słuchacza do świata dźwięków, które będą mu towarzyszyć przez większość albumu. Można powiedzieć, że stanowi swego rodzaju bazę wyjściową dla większości utworów na nim zawartych.

Loss i Voyage na ten przykład nie zrezygnowano z dominacji niskich tonów, ale dochodzą za to kolejne warstwy dźwięków wydobywających się z pianina. Z kolei równie spokojne The Scent of the Sea i The Winter Breeze czy podchodzące pod walc Tender Glow mogą pochwalić się różnorodnością tonacji, przez co brzmią bardziej „żywo” od swoich poprzedniczek. Into the Woods czy nieco bardziej skoczny Endless Crusade wymagają użycia miejscami zdecydowanie większej siły i ewidentnie dodatkowej pary rąk, by to zagrać, ale znów – poza rytmem i tempem, styl pozostał nietknięty.

Niemal cały album obfituje w utwory, w których to uczucie występuje pod różną postacią.

Album zawiera również parę utworów, które trudno zaliczyć do grona setsuna, na przykład marszowe rytmy w March of the BraveStronghold i The Royal Host (którego pierwsze sekundy przypominają początek Figaro Castle z Final Fantasy VI), czy The Warmth of Life i Lighthearted reprezentujące sobą to, na co wskazują ich nazwy – ciepło i radość z życia.

 No Turning Back z kolei to już zupełnie inna para kaloszy. Z racji tego, że mamy do czynienia z motywem bitewnym, zwiększone zostało tempo i intensywność uderzania w klawisze. To także pierwszy utwór, w którym poza pianinem można usłyszeć także perkusję. W Relentless Advance czy budzącym większy niepokój Hidden Danger również postarano się o większą gamę instrumentów.

Abstrahując już od pojedynczych utworów, muszę powiedzieć, że album ma dwie bardzo istotne cechy, które dodają uroku całości. Pierwszą z nich jest to, że muzyka z I Am Setsuna uruchamia teatr wyobraźni. Ci, którzy nie grali w grę, mogą samemu przypisać aktualnie odtwarzaną melodię do obrazka wykreowanego w swojej głowie. Sam słuchając Ruins albo nieco mroczniejszego Dark Caves nie przypisałem ich automatycznie do klimatów zwiedzanych podziemi; podczas słuchania To The Warmth of the Sun przypomniał mi się karnawał w Chrono Trigger (może dlatego, że motyw ten, a zwłaszcza jego początek, jest podobny do Guardia’s Millennial Fair); Hidden Intentions kojarzy mi się z dzieleniem z kimś bliskim swoich wspomnień z dawnych lat i tak dalej. Słuchając muzyki z gry dosłownie tworzyłem w swojej głowie własną historię.

Drugą cechą jest to, że przy każdym utworze intuicyjnie stukałem palcami o blat stołu, jakbym samemu odgrywał je na pianinie. Żeby było zabawniej, to powiem, że w taki sposób zachowywałem się już przy pierwszym odsłuchiwaniu albumu i nawet moje stukania o niewidzialne klawisze pokrywały się 1:1 z dźwiękami klawiszy na nagraniu! Nie mam pojęcia, czy to kwestia tego, że tak bardzo wczułem się w moją „rolę”, czy po prostu poznałem jakiś schemat, dzięki czemu mogłem odgadnąć nuty w każdym kolejnym kawałku. Jakiekolwiek tłumaczenie by się nie pojawiło, ta sytuacja pokazuje – i trzeba to jasno i wyraźnie podkreślić – że Randy Kerber siedzący przy klawiszach jest mistrzem w swojej dziedzinie.

Tylko ci, którzy liczyli na powtórkę z którejś części Chrono, mogą ewentualnie czuć się nieusatysfakcjonowani.

Takich smaczków i zabaw z pianinem jest na tym albumie całkiem sporo (dwie płyty po ponad 30 utworów każda), choć nie zamierzam spierać się z tymi, którzy będą uważali, że różnice między większością melodii są marginalne i wręcz niezauważalne (bo nie ukrywam, sam miałem takie odczucia podczas pierwszego, surowego odsłuchu). Nie zamierzam też zaprzeczać, że zdarzają się na albumie i takie utwory, które brzmią do siebie bardzo podobnie, jak wspomniane The Beginning of the End i Winter’s End czy Path of Redemption i Deep Reflection.

Jednak w gruncie rzeczy uważam, że muzyka z I Am Setsuna to porządny kawał dzieła. Melodie są przyjemne dla ucha zarówno w grze, jak i poza nią, a moje obawy o niewykorzystanie potencjału pianina zostały rozwiane; tak samo jak w sprawie umiejętności Miyoshiego. W zasadzie tylko ci, którzy liczyli na powtórkę z którejś części Chrono, mogą ewentualnie czuć się nieusatysfakcjonowani. A nie powinni.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.