Wracamy do Piekła. W poprzednim artykule napisałem o tym, dlaczego warto poświęcić muzyce z horrorów więcej uwagi i zaproponowałem ku temu oręż. W niniejszym tekście uzbroimy się po zęby (chyba że Wasze ulubione filmy to Podziemny krąg i Rocky). Na początek proponuję poświęcić trochę uwagi gościowi specjalnemu poprzedniego odcinka – poniższy utwór unaoczni nam jedną istotną kwestię.

Duchowa wycieczka w głąb „ja”, na którą zaprasza Yamaoka, zabiera i zarazem zamyka nas gdzieś na pograniczu podświadomości. Opisywana izolacja, nawet jeśli wyłącznie metaforyczna, gra ogromną rolę w zrozumieniu natury samego strachu. Koreluje on bowiem z poczuciem odosobnienia; to wyjątkowo przebiegła emocja i tak intymny stan, że na odbiór horrorów wpływ ma właściwie wszystko. Słuchawki vs głośniki, pora dnia, miejsce, samopoczucie… Można by tak wyliczać. Zastanówmy się więc nad środowiskiem odsłuchu. Wybierając takie, które sprzyja negatywnym odczuciom, od razu stawiamy horrory na przegranej pozycji. Jeśli chcemy nauczyć się z takiej muzyki czerpać przyjemność, czasem po prostu warto założyć słuchawki, przykryć twarz poduszką i włączyć sobie Outlasta czy inną Amnezję. Nie ogląda się przecież Obecności w środku dnia, w ramach kina plenerowego i z szalejącymi dookoła berbeciami. A nawet jeśli, to inspirowane tym kontekstem poseansowe narzekanie na zasadzie „straciłem dwie godziny z mojego życia” można sobie wsadzić między wiersze. Innymi słowy: nic dziwnego, że nie przepadamy za Porsche, skoro jeździmy nim na safari.

Słuchając tej części muzyki grozy która wykorzystuje tradycyjne instrumentarium, instynktownie porównujemy ją do dokonań „klasycznych” – wirtuozeria kompozycyjna i wykonawcza, rzecz jasna podobieństwa w instrumentacji… Przed lewym sierpowym historii nie uchroni się nikt, kto miał kiedykolwiek dłuższy, acz niekoniecznie już bezpośredni kontakt z muzyką: jesteśmy zaprogramowani, by dźwięki smyczków i dętych od razu kojarzyć z wybitnie uzdolnioną grupką nieżyjących już dyrygentów i pianistów. To jednak zgubny trop, bo postawiona obok emocjonalnych kolosów pokroju Jeziora Łabędziego Czajkowskiego czy Symfonii „Heroicznej” Beethovena, groza wypada nad wyraz blado. A nawet porównania do ubiegłowiecznych awangardzistów nie do końca są na miejscu.

Horror, rzecz jasna, operuje inną paletą barw niż większa część muzyki klasycznej.

Dlaczego? Słynny przypisywany Einsteinowi aforyzm rzecze tak oto: „(…) Gdyby ocenić rybę na podstawie jej umiejętności wdrapywania się na drzewo, do końca życia byłaby przekonana o swej głupocie.” Horror, rzecz jasna, operuje inną paletą barw niż większa część muzyki klasycznej. Dlatego też, by zmierzyć „natężenie grozy”, za nadrzędną emocję musimy przyjąć strach. Czy to oznacza, że mamy się bać, bo tylko wtedy docenimy horrorowy OST? Bynajmniej. Chodzi wyłącznie o odrzucenie modelu porównawczego, w którym oceniamy dzieło za coś, czym nigdy nie miało być. A teraz, jeśli do tej pory czytaliście uważnie, przygotujcie się na małe wyzwanie. Posłuchajmy Trenu pamięci ofiar Hiroszimy Krzysztofa Pendereckiego.

Groza jest tutaj wszechobecna, a, co ciekawe, w całości odpowiada za nią sekcja smyczkowa (52 instrumenty!). Tren, jako nasz ambasador XX-wiecznej myśli w muzyce klasycznej, z łatwością konstruuje lęk godny Outlasta. Przestrzegam jednak przed priorytetyzowaniem porównań dzieła do muzyki z horrorów (a przynajmniej nieświadomego). Kiedy nauczymy się oceniać twór artystyczny w kategoriach tego, czym jest, a nie tego, czym sobie wyobrażamy, że jest, fundujemy naszemu postrzeżeniu automatyczny level-up. W części pierwszej artykułu pochyliliśmy się nad duetem An Early Harvest – Soldier Attack. Tym razem na ring zapraszamy nowych zawodników. W lewym narożniku: Steve Jablonsky i jego muzyka do Transformersów Michaela Baya:

…Coś czuję, że jestem Wam winien przeprosiny, bo proponowanie tak karykaturalnie chałturniczej roboty, jaką odwalił Steve, podchodzi pod kulturowe ludobójstwo. Przesłuchanie powyższego utworu to jednak zło konieczne potrzebne nam do dalszych rozważań. Zostawmy na chwilę Transformers i skierujmy wzrok w stronę Matrixa. W prawym narożniku: Don Davis.

Obie kompozycje mają parę wspólnych mianowników: zostały napisane na potrzeby filmu, są epickie, najważniejsza jest w nich orkiestra symfoniczna… Ścieżki te dzieli jednak przepaść percepcyjna – Arrival to Earth, niczym krecha kokainy, przekazuje upragnione emocje po najmniejszej linii oporu. Nie znajdziemy tu trudnego w odbiorze kontrapunktu, imitacji, instrumentacja jest nader oczywista (by nie powiedzieć: banalna), a motywem przewodnim twór ten może co najwyżej konkurować z reklamami w telewizji.

Za powyższe słowa część czytelników zapewne zechce wydłubać mi oczy. Jednak z moich doświadczeń wynika, że im dłuższy jest nasz muzyczny staż (razem z proporcjonalnie rosnącym zaangażowaniem), tym trudniej nas zaskoczyć. Nie chcemy przecież w kółko słuchać tego samego – sięgamy więc po coraz to ciekawsze propozycje, dzieła, które wcześniej zaszufladkowalibyśmy według klucza: dziwaczny/słaby/przereklamowany. Będąc bogatszym o określone doświadczenie w słuchaniu muzyki, zdecydowanie łatwiej przyjdzie nam docenienie niegdyś niedostępnych dzieł. Szalenie istotny będzie też otwarty umysł (a razem z nim pozytywne nastawienie) – ale tego nauczyły już nas soundtracki w ogóle.

Będąc bogatszym o określone doświadczenie w słuchaniu muzyki.

A skoro mowa o otwartym umyśle…Nie zapominajmy też o jednym z najistotniejszych czynników. Jak powszechnie wiadomo, „słuchalność” soundtracku to, zazwyczaj, tylko mile widziany efekt uboczny, nie priorytet. O ile większość konwencji nie ma z tym problemów (patrz: chociażby muzyka akcji czy melancholia pokroju Everybody’s Gone to the Rapture), o tyle horror jest zupełnie inną sferą. Z racji całkowitego odwrócenia zasad muzyki w imię strachu, dzieła takie stają się naturalnie bardzo trudno przyswajalne. Dlatego warto dodać do tego doświadczenia jak najwięcej kontekstów. Chociażby grając w grę, a idealnie – słysząc tam utwór, do którego potem wrócimy. Nie dajmy się zwieść impresjonistom. Pollock jest równie ciekawy… czyż nie?

Współpracownik

Marek Domagała

Gitarzysta, kinofil i nałogowy gracz Rocket League. Uwielbia syntezatory i nie pogardzi dobrym black metalem. Stawia pierwsze kroki jako kompozytor muzyki do gier.