Słowa do tej recenzji układały się w mojej głowie, kiedy szedłem do pracy w pewną leniwą sobotę, a z nieba spadały krople deszczu. A nic tak nie pasuje do takiej pogody, jak kubek ciepłej herbaty i widok kropel spływających po szybie w rytm dźwięków wystukiwanych z klawiszy fortepianu

A nic tak nie pasuje do takiej pogody, jak kubek ciepłej herbaty.

Austin Wintory chwycił wszystkich za serce stworzoną przez siebie muzyką w Journey, którą niemal natychmiast uznano fenomenem równym samej grze. I choć oprawa dźwiękowa osiągnęła niemały sukces, Wintory postanowił pójść za ciosem i trochę poeksperymentować. Spośród całego soundtracku z gry, liczącego osiemnaście utworów, wybrał jedynie sześć i skomponował je na nowo, rezygnując przy tym z klasycznej gamy instrumentów (wiolonczela, altówka, harfa, serpent) na rzecz fortepianu. Zazwyczaj taka zmiana wiąże się z pewnym ryzykiem – nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem nie wpłynie to negatywnie na odbiór muzyki przez jego docelowych odbiorców (wiadomo, mało kto lubi zmiany). W przypadku Transfiguration obawy są nieuzasadnione. Powiem więcej: w przypadku tych sześciu utworów ta zmiana wyszła im na dobre.

Album otwiera Nascence. Utwór zagrany powoli, spokojnie, rozważnie i, w przeciwieństwie do wielu przeróbek utworów z gier na melodie z wykorzystaniem fortepianu, zachowuje wierność oryginału, a przynajmniej jest jemu najbliżej. Threshold idzie tą samą drogą, choć pozwala sobie na coś więcej Na początku jest cicho i spokojnie, żeby za chwilę nieco przygłosić i przyśpieszyć tempa, nadając tej części utworu trochę dramatyzmu. W pozostałych utworach da się usłyszeć różnorodność w balansie pomiędzy mieszanką wysokich i niskich tonów. Dzięki temu słuchacz nie zostaje zanudzony monotonnymi kawałkami i wprowadzany jest w odpowiedni nastrój. No i nie można zapomnieć o pokazie wokalnych umiejętności Laury Intravia w I Was Born For This. Poradziła sobie naprawdę świetnie ze swoim niemal anielskim głosem i sądzę, że gdyby dać jej szansę, to z innymi też nie miałaby problemów.

Transfiguration jest przykładem na to jak NALEŻY przerabiać muzykę z gier na melodie fortepianowe. Bardzo spokojne i delikatnie zagrane kawałki sprawiają, że jest czym przytulić swoje małżowiny uszne. Jedyne pretensje kieruję wprost do Wintory’ego za to, że nie pokusił się o przerobienie całego albumu z Journey. Cóż, może kiedyś będzie sukcesywnie wstawiał je na swój profil na Bandcamp. Kawałek po kawałku.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.