Muszę się do czegoś przyznać: recenzję soundtracku do Kingdom Hearts III napisałem niemal od razu po przejściu gry ponad rok temu. Bardzo mi zależało na tym, aby tekst ukazał się na stronie tuż po premierze gry, dlatego z braku oficjalnego wydania albumu z muzyką (i braku jakichkolwiek zapowiedzi w tym zakresie…) musiałem posiłkować się ripami dostępnymi w Internecie.

Nie byłem do końca zadowolony z jakości zdobytej w ten sposób muzyki, ale jeszcze bardziej nie byłem zadowolony z efektu swojej pracy. Tekst długi czas przeleżał na naszym serwerze, z dala od wzroku naszych czytelników. W tym miejscu mógłbym wtrącić dowcip o tym, że z recenzją jest jak z winem – im dłużej poleży, tym lepsza się staje. Jednak w ten sposób oszukiwałbym siebie samego i przede wszystkim czytelników.

Bardzo mi zależało na tym, aby tekst ukazał się na stronie tuż po premierze gry.

Zamiast tego uznałem, że najuczciwszym rozwiązaniem jest po prostu poczekać, aż w końcu Square Enix zlituje się i wyda soundtrack w formie odpowiadającej potrzebom swoich fanów. Modły zostały wysłuchane. Album zawierający soundtrack do Kingdom Hearts III nareszcie ukazał się nie tylko na płytach CD, ale również na platformach streamingowych. Dzięki temu, że Square poszło z duchem czasu, mogłem zapoznać się z muzyką do gry w legitnym wydaniu nie wydając przy tym ani złotówki na import z Japonii.

Odpaliłem Spotify i zacząłem robić notatki, jednym okiem spoglądając na swoją starą recenzję. Muszę przyznać, że nowe dzieło Yoko Shimomury, Takeharu Ishimoto oraz Tsuyoshiego Sekito za pierwszym razem oceniłem dosyć surowo. Możliwe, że duży wpływ na to miała mierna jakość materiału źródłowego, którym się wtedy posiłkowałem. Po odsłuchaniu na spokojnie albumu w normalnej formie mogę powiedzieć, że moja ocena zdecydowanie będzie się różnić od tej poprzedniej, choć w tej recenzji również pojawią się pewne „ale”.

Na wstępie muszę powiedzieć o dwóch rzeczach, które szczególnie zwróciły moją uwagę na tym albumie. Pierwszą jest jakość wykonania. Bynajmniej nie mam tu na myśli porównanie brzmienia pełnoprawnej muzyki z ripami z gry (o ile jest tu cokolwiek porównywać). Chodzi mi bardziej o to, że przy dokładniejszym przesłuchaniu albumu dostrzec można, że Square Enix bardzo przyłożyło się do tego, aby muzyka do Kindom Hearts III mocno wybiła się na tle swojego młodszego rodzeństwa. Wszystkiego jest jakby więcej, mocniej, szybciej i po prostu lepiej.

Kingdom Hearts – muzyczna bajka #1

Aby lepiej zobrazować to, o czym mówię, pokażę to na konkretnym przykładzie. Dive into the Heart (Destati) to melodia, która pojawiła się niemal w każdej odsłonie Kingdom Hearts (motyw grany na samym początku w lokacji o tej samej nazwie) i za każdym razem brzmi równie pięknie. Jednak wykonanie, które zaserwowano nam w „trójce”, jest po prostu obłędne. Tutaj chór w końcu brzmi jak prawdziwy chór, dzięki czemu w połączeniu ze smutnym i nieco ponurym tonem utwór ten doskonale oddaje klimat „świata snu”. W drugiej połowie przyśpiesza i staje się nieco bardziej agresywny (to wtedy gracz uczy się walki), ale nie obniża poziomu z pierwszej sekundy.

Drugą rzeczą jest Face My Fears. Krótkie przypomnienie: na chwilę przed premierą Kingdom Hearts III zapowiedziano, że do pracy nad motywem przewodnim zaangażowano amerykańskiego DJ-a i zarazem fana serii Kingdom Hearts, Skrillexa. Usłyszałem ten motyw po raz pierwszy przed premierą, a potem już w samej grze. Zaczyna się całkiem obiecująco – od wokalu wiecznie młodej Hikaru Utady (utwór dostępny jest w języku japońskim i angielskim), który w połączeniu ze spokojną grą na fortepianie tworzy całkiem niezły motyw charakterystyczny dla serii Kingdom Hearts. Następnie akcja nabiera tempa, dochodzi coraz więcej elektroniki, a w punkcie kulminacyjnym uraczono mnie soczystym dubstepem.

Zaczyna się całkiem obiecująco – od wokalu wiecznie młodej Hikaru Utady.

Przyznaję, że po pierwszym odsłuchaniu tego utworu byłem mocno zmieszany. Dla mnie – człowieka, który obserwował rozwój serii od samego początku – takie połączenie dubstepu ze światem Kingdom Hearts pasuje niczym pięść do nosa. Z drugiej jednak strony elektronika została zaserwowana słuchaczowi w bardzo niewielkiej dawce. Wręcz nieszkodliwej, szczególnie dla takich starych pryków jak ja. Sam utwór dzięki temu może przypaść do gustu zwłaszcza młodszym odbiorcom, którzy niedawno zaczęli przygodę z Kingdom Hearts.

No i wszystko pięknie. Tylko dlaczego zatem to wykonanie Face My Fears nie pojawiło się na albumie? Zamiast tego otrzymaliśmy ten sam utwór tylko w wydaniu orkiestralnym, gdzie wokal Utady i popis Skrillexa zostały zastąpione dźwiękami wydobywającymi się ze skrzypiec. Nie mam nic przeciwko temu, gdyż to wykonanie Face My Fears brzmi niesamowicie i nie zdziwię się, jeśli to właśnie ta aranżacja otworzy któryś z koncertów z muzyką Kingdom Hearts. Tylko dlaczego taka zmiana? Mam na ten temat kilka teorii, z czego najbardziej prawdopodobne to: a) jest to kwestia umowy pomiędzy Square Enix a artystami, którzy zgodzili się na wykorzystanie utworu w grze, ale nie na osobnym albumie; b) zorientowano się, że dubstep jednak średnio pasuje do klimatu Kingdom Hearts, więc trzeba było mocno zrobić drobną korektę. Niezależnie od powodów uważam, że to wykonanie Face My Fears zdecydowanie bardziej pasuje do tego albumu i w żaden sposób nie wpływa na obniżenie jego jakości, a wręcz przeciwnie. Tych, którym mimo wszystko brakuje duetu Utada-Skrillex, uspokajam – motyw w oryginalnej wersji jest nadal do przesłuchania na kanałach społecznościowych tej dwójki.

No dobrze, ale nie samym Dive into the Heart Face My Fears stoi album z muzyką do Kingdom Hearts III. Wszak na niego składa się ok. 160 utworów, co daje w sumie ponad 10 godzin czystej przyjemności dla uszu. Osiągnięcie takiego wyniku nie było łatwym zadaniem, zważywszy na fakt, że produkcja samej gry trwała ładnych kilka lat, wciąż zmieniały się koncepcje, technologia (m.in. porzucono Unreal Engine 3 na rzecz świeżo wydanego Unreal Engine 4). Jednak mimo tych wszystkich zawirowań ekipa w składzie Shimomura, Ishimoto i Sekito dostarczyła produkt, z którego mogą być naprawdę dumni.

Top 10 – zestawienie najlepszych utworów z serii Kingdom Hearts

Jak już wcześniej wspomniałem, Square Enix nie szczędziło środków, żeby dostarczyć produkt bijący na głowę to, co fani usłyszeli do tej pory w poprzednich odsłonach serii. Orkiestra w pełni poszła w ruch, melodie zachwycają znacznie szerszym bogactwem instrumentalnym i świetnie oddają ducha disneyowskiego uniwersum. Słuchając większości zawartych na tym albumie utworów czułem się, jakbym odbywał wycieczkę po nowo otwartym Disneylandzie.

Orkiestra w pełni poszła w ruch, melodie zachwycają znacznie szerszym bogactwem instrumentalnym.

I tak na przykład przechadzając się po Olimpie w świecie Herkulesa znów raczą mnie monumentalne dźwiękiOlympus Coliseum; bajeczne Happy Hair Day towarzyszyło mi podczas wizyty w bajce o złotowłosej Roszpunce; lekko powiewający industrializmem Monstrolopis Now to nic innego jak motyw grany podczas wizyty w fabryce „Potwory i spółka”, a futurystyczny Robot Overdrive pojawia się w świecie Big Hero 6. Do tego dochodzą również znane motywy, jak np. You’ve Got a Friend in Me z „Toy Story” czy znany z filmu „Kraina Lodu” Let it Go (i to w dwóch wersjach: jeden z oryginalnym angielskim wokalem Idiny Menzel oraz japońskim Takako Matsu!). Do tego wszystkiego doliczcie sobie liczne występujące w każdym ze światów utwory poboczne, jak np. motywy bitewne (w tym moje ulubione Flags of Fury ze świata Piratów z Karaibów) i otrzymamy pokaźny muzyczny zestaw made by Disney.

Jednak Kingdom Hearts to nie tylko Disney – to także Sora i cała zgraja indywiduów rodem z Final Fantasy, którzy towarzyszą nam od niemal 20 lat. Podobnie mogę powiedzieć o muzyce związanej bezpośrednio z tymi postaciami: album zawiera bowiem wszystkie co bardziej kluczowe melodie znane wszystkim fanom Kingdom Hearts. Również i w tym przypadku należy zwrócić uwagę na wysoką jakość wykonania każdej z nich, od Dearly Beloved (występującego na albumie w kilku wersjach), aż po nieśmiertelne Hikari. Na potrzeby tej recenzji jeszcze raz wróciłem do oryginalnych wydań tych utworów i muszę przyznać, że ich wykonanie w Kingdom Hearts III podoba mi się znacznie bardziej. Ponownie, nie szczędzono środków, żeby fani otrzymali coś o kilka poziomów wyżej.

Oprócz tego dorzucono cały worek nowych utworów, które zdominowały drugą połowę albumu. Podobnie jak melodie znane z poprzednich odsłon Kingdom Hearts, również i te nie mają się czego wstydzić pod względem jakości wykonania. Zwłaszcza takie motywy jak Aqua – Dark Dive – (ten chór…), Secrets of the Night, który zaczyna się spokojnie, żeby po chwili mocno zwiększyć tempo, czy liczne motywy przewodnie członków Organization XIII. Moją szczególną uwagę zwróciły – a jakże! – motywy bitewne z bossami. Monstrualny Titan Clash, zwiastujący większe kłopoty (metaforycznie i dosłownie) Tension Rising – Reaper’s Revenge i mój ulubiony, zagrzewający do walki Anger Unchained.

Czasu i miejsca nie wystarczy, żeby wymienić wszystko to, co znalazło się na tym albumie (przypominam – ponad 160 utworów), dlatego pokuszę się o niewielkie podsumowanie, które mam nadzieję w pełni odda moje odczucia związane z tym soundtrackiem. Yoko Shimomura to niezwykle utalentowana i pracowita artystka. Jej karierę śledzę od czasu Parasite Eve i widziałem, jak przez ten czas się rozwinęła. Widziałem, jak wspięła się na szczyt dzięki Kingdom Hearts oraz że nie boi się wyzwań i eksperymentowania tworząc soundtrack do Final Fantasy XV.

Yoko Shimomura idzie tą samą ścieżką, którą kroczy niezmiennie od lat.

Teraz widzę, jak stworzyła prawdopodobnie swoje dzieło życia. Kingdom Hearts to jej oczko w głowie i nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała podnieść poprzeczki, którą sama sobie ustawiła w ostatnich odsłonach serii. Muzykę do Kingdom Hearts III można uznać za podsumowanie jej dotychczasowych doświadczeń, które zbierała przez lata jako kompozytorka muzyki do gier. Ja słyszę te różnice między pierwszymi częściami Kingdom Hearts a „trójką” i myślę, że inni również je dostrzegą.

Technologia poszła do przodu, sposoby na stworzenie muzyki do gry, na którą czekają miliony, również. Ale jedna rzecz jest niezmienna: Yoko Shimomura idzie tą samą ścieżką, którą kroczy niezmiennie od lat. A nawet nieco ją po drodze upiększyła.

Czytaj więcej:

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.