Kilka miesięcy temu pisałem o tym, dlaczego uwielbiam słuchać muzyki z The Sims. Ogólna konkluzja była taka (i nadal będę się tego trzymać), że choć melodie te są proste, żeby nie powiedzieć banalne, i spełniają bardziej funkcję tła, czyli są czymś, na co na ogół nie zwracamy jakiejś szczególnej uwagi, to jednak nie sposób tak łatwo o nich zapomnieć. Bo jest to kawał porządnego, przyjemnego dla ucha soundtracku, którego dobrze się słucha także poza grą, co zresztą zdarza mi się robić w wolnych chwilach.

Jest to kawał porządnego, przyjemnego dla ucha soundtracku.

W tych wszystkich tytułach z „Sim” w nazwie jest coś takiego, co sprawia, że chce się do nich ciągle wracać i słuchać z nich muzyki na okrągło, aż te melodie nie wwiercą się nam w głowy. Poza tym, to taka miła i odprężająca przerwa od gier AAA, które w ostatnich latach rozpanoszyły się, jak mrówki. A skoro o mrówkach mowa, warto wspomnieć o innym tytule ze stajni Willa Wrighta, który – podobnie jak w The Sims – urzekł mnie nie tylko gameplayem, ale i muzyką. A okazja ku temu jest nieprzypadkowa.

Chodzi tu oczywiście o SimCity. Symulator burmistrza, który trzyma rękę na pulsie stworzonego przez siebie miasta – tętniącego życiem mrowiska – skończył w tym roku 25 lat. Przyznam się szczerze, że mój pierwszy kontakt z tą serią był nieco opóźniony, bo dopiero od SimCity 3000, ale… jakoś niespecjalnie żałuję. Spędziłem przy tej grze masę czasu, budując, niszcząc, bawiąc się suwakami w budżecie, wprowadzając podatkowy zamęt, dokonując otwarcia przystanku podczas inwazji obcych itp. Słowem wszystko to, co burmistrz robić powinien (no, może poza zsyłaniem kataklizmów na mieszkańców). Późniejsze odsłony serii były pod względem technicznym coraz lepsze (ostatniemu SimCity dałem szansę dopiero po wprowadzeniu poprawek), ale zabrakło im jednego elementu z SimCity 3000: muzyki Jerrego Martina.

Nie twierdzę, że soundtracki z nowszych gier były gorsze czy coś w tym rodzaju. Co to, to nie! Ba, nawet polecam posłuchać utworów z ostatniej części. Chodzi bardziej o fakt, że jest to muzyka kojarząca się z filmem – mój słuch jest wyczulony na takie utwory, których prędzej spodziewałbym się na ekranach kin, niż w grze. Z kolei w przypadku SimCity 3000 takiego odczucia w ogóle nie mam. Martin zebrał w całość zespół złożony z muzyków jazzowych: Vincent Herring (saksofon), Ryan Kisor (trąbka), Joey Calderazzo (fortepian), Dwayne Burno (bas) i Jeff Hamilton (bębny) stworzyli razem muzykę nadającą się wyłącznie do gry i nigdzie indziej.

Soundtrack złożony z utworów gatunku new age i jazzu idealnie oddaje nastrój wciąż rozwijającego się miasta, w którym życie toczy się własnym tempem. Najpierw w rytm najspokojniejszych na albumie utworów niosących za sobą wizję lepszego świata (np. BuildingIlluminationNew Terrain) przygotowuje się grunt pod nowe miasto: wyznacza się strefy mieszkalne, handlowe i przemysłowe, stawia budynki użytku publicznego i tworzy infrastrukturę. Krótko mówiąc, najbardziej podstawowe elementy potrzebne do tego, żeby miasto mogło w ogóle funkcjonować.

Dopiero potem, kiedy teren został zagospodarowany, a energia dostarczona, przechodzi się do mojego ulubionego elementu, czyli obserwacji życia mieszkańców: tego, jak wprowadzają się do swoich domów (charakterystyczny dźwięk fortepianu na początku Sim Broadway, a potem to już z górki), znajdują pracę, myśląc wciąż kategorią „od pucybuta do milionera” (stopniowy wzrost tempa w Window Washers Dream w połączeniu z jego „przemysłowym” charakterem daje wrażenie, jakby Sim rzeczywiście wspinał się po szczeblach kariery), w jaki sposób spędzają wolny czas (wesołe i bardzo energiczne Central Park Sunday) itp. No i oczywiście, nad tym wszystkim czuwa burmistrz w rytm UpDown Town.

Przynajmniej dopóki nie trzeba budować nowej elektrowni po wizycie tornada.

Tak, cały soundtrack, a zwłaszcza te ostatnie kawałki, zdecydowanie potwierdzają u mnie trzy rzeczy: a) SimCity 3000 to drugi po The Sims przedstawiciel gier „Sim” z relaksacyjną i wpadającą w ucho muzyką, choć szkoda, że podaną w tak niewielkiej ilości w porównaniu z następcami; b) jazz to drugi po rocku gatunek muzyczny, który uwielbiam, i ma w sobie potencjał, aby go dalej rozwijać w grach; c) bycie burmistrzem to jednak fajna sprawa. Przynajmniej dopóki nie trzeba budować nowej elektrowni po wizycie tornada, a kasa miasta owszem świeci, ale pustką.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.