Mario + Rabbids Kingdom Battle było ciekawym i jednocześnie bardzo udanym eksperymentem. Nie tylko sprawnie udało się połączyć ze sobą dwa skrajne uniwersa od Nintendo i Ubisoftu, to jeszcze umiejętnie wpleciono w to rozgrywkę, której nie powstydziłaby się seria X-Com. W drugiej części, zatytułowanej Mario + Rabbids Sparks of Hope, rozwinięto ten pomysł, a bohaterów wysłano w kosmos, ku nowym przygodom.

Każdy z kompozytorów dał cząstkę siebie w każdym stworzonym przez siebie utworze.

Muszę powiedzieć, że soundtrack do pierwszego Mario + Rabbids średnio mi podszedł. Przy czym nie chcę zostać źle zrozumiany: w samej grze muzyka skomponowana przez Granta Kirkhope była naprawdę świetna i wpasowała się w klimat, ale poza nią soundtrack wydawał mi się bardzo nierówny i mało odkrywczy. Do dziś nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej melodii. Kirkhope wziął na swoje barki duży ciężar i robił co mógł, żeby dostarczyć solidny produkt. Poniekąd mu się to udało, co zresztą słychać w grze, ale wiem, że stać go na znacznie więcej.


Mario + Rabbids Kingdom Battle – zwariowane dźwięki


Przy Mario + Rabbids Sparks of Hope postanowiono dokręcić śrubę: wszystkiego ma być więcej i lepiej. Po samej grze widać, że zasada ta działa w 100 procentach. Również soundtrack przeszedł niemałe zmiany, czego powodem jest dokooptowanie do zespołu z Kirkhope Yoko Shimomurę i Garetha Cokera. Warto podkreślić, że są to zmiany na lepsze. Oddanie zadania stworzenia soundtracku w ręce trzech uznanych i utalentowanych kompozytorów było strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu nie tylko zadbano o wysoką jakość odgrywanych na albumie melodii, ale również o ich różnorodność. Każdy z kompozytorów dał bowiem cząstkę siebie w każdym stworzonym przez siebie utworze.

Jestem w stanie bezwzrokowo i na podstawie tylko kilku nut rozpoznać, który artysta maczał palce przy danej melodii.

Pamiętam, że kiedy po praz pierwszy przesłuchałem utwór Battle of Beacon Beach pomyślałem sobie „kurcze, to brzmi jak Kingdom Hearts”. Jakie było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałem, że za powstanie tego utworu odpowiedzialna jest sama Shimomura. To samo było, kiedy usłyszałem np. Dark Secret on a Sunlit Planet czy Kaleidocopic Canopy – jak żywcem wyjęte z KH. A takie Sunny Side of the Galaxy, Paean to Palette Prime czy Hitting Bedrock od Kirkhope na spokojnie mogłyby się pojawić w kolejnej platformówce Rare. Nawet świeżak w branży, jakim jest Coker obrzucił nas melodiami charakterystycznymi dla jego stylu pracy znanego nam np. z Ori and the Blind Forest. Szczególnie słychać to w mocno stonowanych Desolate Beauty czy Never Center of the Desert. Serio, jestem w stanie bezwzrokowo i na podstawie tylko kilku nut rozpoznać, który artysta maczał palce przy danej melodii.

Soundtrack przeszedł niemałe zmiany.

Pozostaje zatem pytanie: czy jest to wada? Osobiście twierdzę, że nie. Owszem, ktoś mógłby zarzucić, że kompozytorzy przemycają do soundtracku schematy znane z ich wcześniejszych dzieł, ale nie da się nic poradzić na fakt, że one pasują jak ulał do tej gry. Dostaliśmy bajkowe dźwięki do równie bajkowej gry. Czego chcieć więcej?

Czytaj więcej:

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.