Kiedy Platinum Games zapowiedziało kolejną odsłonę serii Metal Gear, w której pierwsze skrzypce zagrałby tym razem nie Snake (odszedł w końcu na emeryturę?), ale cyborg-android Raiden, fani doskonale wiedzieli, że nadchodzą spore zmiany. W końcu mieliby do czynienia z grą mającą już niewiele wspólnego ze skradaniem się i ukrywaniem po krzakach, a bardziej przypominającą pełnoprawny film akcji.

Miller pokazuje, że jeśli chodzi o ciężkie rytmy, to nic nie jest w stanie go powstrzymać.

W tym momencie muszę przyznać się do jednego: choć Metal Gear Rising: Revengeance zebrało przez te zmiany pozytywne recenzje, to jednak sam podchodziłem do niej z rezerwą. Zwłaszcza, że nie byłem wielkim fanem Raidena od czasu, kiedy został po raz pierwszy zaprezentowany w Sons of Liberty. Ale jednak Platinum Games udało się sprostać wyzwaniu, dostarczając świetnego hack’n’slasha i równie niesamowity soundtrack.

Cały album, złożony z 29 utworów, można podzielić na dwie nierówne części: na muzykę z wykorzystaniem wokalu oraz samych instrumentów. Pierwszą część słuchało mi się bardzo dobrze, ze względu na dominujące w niej ciężkie brzmienia. Udało mi się znaleźć chociażby kompozycje stworzone na modłę rocka industrialnego z lat 90. ubiegłego wieku, jak na przykład Rules of Nature wykonywany przez Godhead, z Jasonem Millerem jako wokal. Na tym konkretnym tracku Miller pokazuje, że jeśli chodzi o ciężkie rytmy, to nic nie jest w stanie go powstrzymać, czemu dał wyraz także w Red Sun, gdzie śruba została zdecydowanie podkręcona do heavy metalowego brzmienia. Każdy kolejny utwór, w którym występuje on, a także Tyson Yen (np. The Only Thing I Know for Real) czy John Bush (Return to Ashes) jest grany w takim właśnie klimacie.

Oczywiście na albumie pojawiły się także rodzynki. Do nich należałoby zaliczyć A Stranger I Remain, który, choć utrzymany w podobnym tonie co wyżej wymienione, wprowadził gitarowe riffy, a tekst jest śpiewany przez jedyną kobietę na tym albumie, Free Dominguez. Kolejnymi wyróżniającymi się artystami są Kit Walters (np. The Stains of TimeA Soul Can’t Be Cut) oraz Graeme Cornies (Dark Skies). W utworach, w których udzielają swoich głosów, można usłyszeć trochę więcej elektroniki, choć obyło się bez przesady. Dzięki zachowaniu odpowiednich proporcji całość poszła bardziej w kierunku techstepu niż wszędobylskiego dubstepu.

Pierwsza część albumu jest zatem pozycją obowiązkową nawet dla tych, którzy z Metal Gear Rising nie mieli i/lub nie chcą mieć nic do czynienia – to kawał solidnej, profesjonalnej roboty i warto zapoznać się z nią właśnie od tej strony. Czego nie można niestety powiedzieć o części drugiej, złożonej z utworów, które w zasadzie można było usłyszeć wcześniej, ale tym razem w wydaniu instrumentalnym.

Czego nie można niestety powiedzieć o części drugiej.

Nie twierdzę, że są złe, bo całkiem przyjemnie się ich słucha, jednak bez wokalu wydają się być one niepełne. Sprawiają wrażenie zapychaczy, które mają te prawie trzydzieści pozycji wycisnąć i żeby grały gdzieś w tle. To wprawdzie nie jest przestępstwo, ale z drugiej strony wolałbym zamiast nich usłyszeć kolejną porcję śpiewanego rocka i metalu. Dlatego też jeśli miałbym wystawić temu albumowi szkolną ocenę, byłaby to piątka za pierwszą część i czwórka za drugą. Średnia: cztery z plusem. Dużym plusem.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.