Choć na Sons of Liberty czekał już cały świat gamingu – od pecetowych wyżyn, teoretycznie ambiwalentnych wobec twórczości Kojimy, po konsolowe równiny śpiewające pieśni pochwalne nad każdym nowym screenshotem udostępnionym prasie.

Całe napięcie, którym dosłownie żyliśmy, odkładając codziennie złotówkę z kieszonkowych, naiwnie pewni usupłania w końcu na PlayStation 2.

Drugi Metal Gear Solid dopiero około dekady po swej pierwotnej premierze zaskarbił sobie kultowy status. Całe napięcie, którym dosłownie żyliśmy, odkładając codziennie złotówkę z kieszonkowych, naiwnie pewni usupłania w końcu na PlayStation 2, wszystkie fanowskie scenariusze oraz bezdech, w jakim na chwilę znieruchomiała branża – runęły, gdy na ekranie pojawił się prawdziwy protagonista. Potrzebne były lata, by nabrać odpowiedniego dystansu i zrozumieć sens tej ryzykownej zagrywki.

Chyba tylko o sam scenariusz wtedy poszło. Na każdym innym polu misja Raidena spełniała przecież wszystkie obietnice. Wyglądała obłędnie, wprowadzała do formuły nowe sznyty, zawierała odjechane easter eggi (jak pierwsza przejażdżka na ptasich minach), bossami odlatywała na orbitę (dosłownie, idei Fatmana do dziś nie zrozumiałem). I brzmiała, jak ona brzmiała! Podczas ekskluzywnego przechodzenia Sons of Liberty u sąsiada na jedynej ówcześnie PS2 w promieniu trzech czy czterech kilometrów ani razu nie przeskoczyliśmy intra. Takie wrażenie robił wtedy Main Theme.

Hideo Kojima po sukcesie „jedynki” mógł rozwinąć skrzydła swoich filmowych ambicji. Na dobre i złe. Z jednej strony przywalił odbiorcę godzinnymi przerywnikami, z drugiej – po długich poszukiwaniach oraz wysłaniu wyselekcjonowanego mixtape’u – do ścieżki dźwiękowej zaangażował osobę znaną już z dużego ekranu. Harry Gregson-Williams całą przygodę z grami ograniczył do dwóch Call of Duty i serii Metal Gear właśnie. Jak wypadł jego elektroniczny debiut, nietrudno się chyba domyślić. Ale też warto przypomnieć.

Zaznaczmy także od razu, iż kompozycje Gregsona-Williamsa składają się na połowę dźwiękowego oblicza Sons of Liberty. Ubarwić one miały wstawki filmowe, podkreślić najważniejsze fabularnie sekwencje. Za utwory „z tła” odpowiadał Norihiko Hibino, autor muzyki do gameboyowego Ghost Babel (któż pamięta?) czy Zone of the Enders. Zebrane na krążku pt. The Other Side będą przedmiotem kolejnej recenzji. Wszystko po kolei, odrobinę cierpliwości.

Brytyjski artysta przeniósł muzyczny fundament Metal Gear Solid z budżetowych sensacyjniaków lat osiemdziesiątych do tip-topowych technothrillerów przełomu wieków. W odstawkę poszło kiczowate brzmienie i pocieszne syntezatorki. Zabiegi elektroniczne, elementy breakbeatu czy gigantyczne uderzenia orkiestry zduszone cyfrowymi podmuchami wpasowały się w okołowirtualną tematykę opowieści. Duch straszy z maszyny. Infiltracja Big Shell wiodła przecież do dystopijnej wizji świata jako teatru rzeczywistości reżyserowanego przez sztuczną inteligencję – należało to oddać również dźwiękiem. Stąd wszechobecne napięcie i chłodny dramatyzm, którym zionie z tych kompozycji.

Tematy bitewne dużo zyskują na tej brytyjskiej współpracy, nawet jeśli każdy został wyróżniony wykrzyknikiem w tytule.

Krążek charakteryzuje uczucie progresji, przygody, w której słuchacz bierze udział. Kolejność utworów nie jest przypadkowa. Intro w postaci wspomnianego już, do dziś elektryzującego Main Theme, to dobry prolog całości i wyraźny sygnał, w jakim kierunku narracja Gregsona-Williamsa ma zamiar odlecieć. Kawałki kojarzone z epizodem na tankowcu rzadko rozwiewają elektroniczną mgłę, choć taki zryw w Opening Infiltration chętnie przypomni o filmowych korzeniach autora. Uwielbiam stuprocentowo „metalgearowe” brzmienie Revolver Ocelot, które paralitycznym beatem z powodzeniem zwojowałoby OST poprzedniej odsłony. Gdyby tylko ta brzmiała równie dobrze.

Spora efektowność nadchodzi dopiero w drugiej połowie ścieżki dźwiękowej. Tematy bitewne dużo zyskują na tej brytyjskiej współpracy, nawet jeśli każdy został wyróżniony wykrzyknikiem w tytule (koszmarny zabieg mym zdaniem). Kill Me Now! szokuje niemal tanecznym rytmem, choć trwa zbyt krótko i spokojnie mogło zostać pociągnięte z jedną czy dwie minuty dłużej. Otrzeźwiający policzek kilkoma szarpnięciami gitary elektrycznej sprzedał mi The World Needs Only One Big Boss!. Pozostałe dwa (It’s the Harrier!, Arsenal Is Going to Take Off!) to już „standardowy” sztorm na elektronicznym morzu. Wszystkie zsumowane nie trwają nawet dziesięciu minut, dzięki czemu ani nie psują mozolnie skonstruowanej aury tajemnicy, ani nie dominują całego OST. O przegięcie w tej kwestii zawsze łatwo.

Po raz kolejny swoją cząstkę mozaiki ułożyła Rika Muranaka. Do The Best Is Yet to Come tutejszemu Can’t Say Goodbye to Yesterday (w formie aperitifu na półmetku płyty, kompletnie zaś na samym końcu) zaśpiewanemu przez Carlę White nieco brakuje, przynajmniej dopóki nie przekształca się w jazzową improwizację – jako amatorski fanatyk wieczorów z winem i Theoloniousem Monkiem oblizuję się ze smakiem. Podobnie „ludzkie” tchnięcie w ten industrialny seans zapewnia samotne solo saksofonu Norihiko Hibino w Fortune (jegomość przeciekł z The Other Side w kilku miejscach) – piękny, egzystencjalny motyw rodem z filmów noir.

Pierwsze Metal Gear Solid znałem na wylot, scenki dyktowałem z pamięci, a utwory miałem zaszyte pod skórą. Sons of Liberty nie pamiętam już tak dobrze, przeszedłem może ze trzy razy w życiu (rodzi się pytanie: dlaczego?), więc przygotowania do tego tekstu miały o wiele bardziej odkrywczy charakter. Przyznaję zatem szczerze, bez różowych okularów – Harry Gregson-Williams z powierzonego mu zadania wywiązał się wzorcowo.

Efekt? Świetna, nadal świeża ścieżka dźwiękowa.

Nie stanął przecież na zupełnie dziewiczym gruncie; jeżeli mówimy o brakującym ogniwie między filmami a grami, seria Kojimy zawsze zajmuje sporą część dyskusji – po prostu „poczuł” charakter opowieści o Patriotach i Wielkich Symulacjach, niczego nie odbębnił. Efekt? Świetna, nadal świeża ścieżka dźwiękowa dla niesłusznie przemilczanej odsłony kultowej serii.

Współpracownik

Adam Piechota