Czekałem na ten soundtrack. Chociaż właściwszym słowem byłoby „wyczekiwałem”. Jak świtu po długiej nocy. Jak wypełnienia pustki, zaspokojenia głodu. Pamiętając świetny soundtrack do poprzedniego Mirror’s Edge’a, a przede wszystkim solową karierę Solar Fields tudzież dwa wybitne albumy pod szyldem H.U.V.A.

Network, byłem przekonany, że usłyszę znów świeżą i kompletną muzykę elektroniczną, z pietyzmem utkaną z najlepszych brzmień syntetycznych. W co ciężko mi uwierzyć, EA pozwoliło Magnusowi na pełną wolność artystyczną i właściwie dostaliśmy nową płytę z muzyką Solar Fields zamiast soundtracku do gry sensu stricte. Sam kaliber kompozycji też daje do wiwatu. Spośród 32 kompozycji aż 14 to utwory trwające między 11 a 25 minut!

Wyzwaniem będzie napisać zwięzłą recenzję dla ponad 300 minut muzyki. Zacznijmy więc od początku, czyli słyszalnej inspiracji i obranego kierunku. W niektórych kompozycjach mocno osadzone są klasyczne brzmienia lat 70. i 80., które kojarzą się z takimi artystami jak Vangelis, Jean-Michel Jarre, Age of Love, Dance 2 Trance, czyli właściwie całą sceną new wave i prototrance. Wszystko to jednak przygotowane jest w formie psybientowej, czasem zwracając się w stronę glitchującego IDM-u, czasem wręcz przeciwnie, z mocą stopy 4/4 i pulsującego basu wrzuca nas w psytrance’owe szaleństwo.

Narracja podąża w różnych kierunkach opowiadając o pogoni, wolności, walce i przemianach.

Nie jest mi łatwo nakierować, jak potraktować te pięć godzin nieprzerwanej poezji, doskonałego warsztatu, i różnorodnego aranżu. Najbardziej jednak polecam na pierwsze odsłuchanie wybrać taki dzień, gdy będziecie mieli kilka godzin wolnego czasu, które chętnie poświęcicie na skupienie się na muzyce. Bo chociaż najczęściej ilość nie idzie z jakością w parze, a i często zagrożenie nudy i wtórności góruje nad takim dziełem, muzyka do Catalyst zadaje temu kłam.

Jedyne, do czego można przyrównać doświadczenie, jakim jest obcowanie z dziełem Solar Fields, to narkotyczna podróż w głąb własnej świadomości. Doskonale gładkie brzmienia pulsują w tantrycznym rytmie, uzupełniane są rozciągłymi w przestrzeni i czasie arpeggiami, filtry otwierają się i zamykają w miarowym oddechu kolejnych fraz. Rytm nadany bębnom – raz stały, raz połamany – nie pozwala wkraść się nudzie, a przenikające się melodie nadają doskonałej formie uświęconej treści. Narracja podąża w różnych kierunkach opowiadając o pogoni, wolności, walce i przemianach.

Pominę aspekt technologiczny, bo o nim już wspominałem w poprzednim artykule, a poza grą nie ma on dla muzyki najmniejszego znaczenia. Mógłbym zacząć się rozpisywać na temat syntez zastosowanych przez kompozytora, ale właściwie największą rolę w tej ścieżce dźwiękowej gra harmonia i sam aranż utworów.

Owszem, sound design i umiejętności edycyjne też odegrały swoją partię, zawsze tak jest w muzyce elektronicznej, niemniej jednak największe piękno znajduje się właśnie w nutach. Jest to muzyka praktycznie dla wszystkich, którzy czasem potrzebują odrobiny światła i gładszych barw wokół siebie. Natomiast jeżeli jesteście fanami psytrance’ów, psybientów, downtempo, nieprzesadzonego glitchu tudzież IDM-u, jest to pozycja obowiązkowa!

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.