Kiedy świat obiegła informacja o zakończeniu działalności jednego z najbardziej ikonicznych, a zarazem znamiennych dla muzyki elektronicznej duetów – Daft Punk, poczułem wyrzuty sumienia. Na co dzień nie słuchałem ich piosenek – owszem znałem każdą płytę od podszewki, czasami zdarzyło mi się włączyć Aerodynamic czy Digital Love, ale nie było to jakąś regułą.

Gameplayowo to czyste arcade połączone z niezbyt trudnymi zagadkami logicznymi.

W momencie kiedy Daft Punk zakończyli działalność, poczułem się trochę jak dziecko, któremu zabrano słodkości leżące codziennie przed jego nosem. Zacząłem tęsknić za ich muzyką (o zgrozo, przecież ta muzyka cały czas jest dostępna, ale to chyba swoje dołożyła nostalgia za tym, że „już Daft Punk live nie zobaczę”). Niesiony kolejnymi płytami postanowiłem odświeżyć sobie film „Tron – Legacy”, gdzie francuski duet popełnił soundtrack. Pomijając bardzo dobrą muzykę, obejrzałem sobie kolejny raz ten całkiem przyjemny film, który zaserwował mi parę tygodni później lekkie deja vu przy okazji ogrywania tytułu studia Koba.

Ten nieco rozwlekły wstęp usprawiedliwię faktem, że Narita Boy, nasz dzisiejszy bohater, fabularnie ma w zasadzie te same podwaliny co Tron. Genialny twórca komputerowy zostaje zaatakowany przez swój twór, przez co jego pamięć okazuje się być uszkodzona. Młody chłopak, zagrywający się nocami w grę Narita Boy, zostaje wessany do świata gry, by stać się właśnie tytułowym bohaterem dzierżącym Techno-miecz i walczącym z hordami Stallionów. Tutaj fabularnie jest przecież w zasadzie tak samo jak w Tronie. Podobieństwa co do reszty na szczęście nie są już takie mocne na korzyść gry studia Koba. Grafika jest oszałamiająco piękna – efekty migotania ekranu CRT czy ogólna pastelowość, połączona z oślepiającymi bielami, nadaje niesamowitego klimatu retro. Sama gra zanimowana jest przepięknie, dynamicznie. Gameplayowo to czyste arcade połączone z niezbyt trudnymi zagadkami logicznymi.

Dobrze się stało, że jedna osoba udźwiękawiała grę i tworzyła soundtrack.

Coby nie rozpływać się tylko nad aspektami grywalno-wizualnymi, rozwinę w końcu skrzydła naszego clu programu – dźwięku i muzyki. Efekty dźwiękowe są bardzo dobrze spasowane z ogólnymi ambientami otoczenia. Czuć ich spójność i taką jedną skonkretyzowaną wizję, która przyświecała od samego początku tworzenia. Bardzo interesująco brzmią cybernetyczne voice overy postaci. Za udźwiękowienie oraz muzykę odpowiada Salvador Fornieles, znany też jako Salvinsky (czy aby nieprzypadkowo naszło mnie skojarzenie z Kavinskym?). Moim skromnym zdaniem dobrze się stało, że jedna osoba udźwiękawiała grę i tworzyła soundtrack. Szczególnie tak charakterystyczny, skąpany w cybernetycznym retro świecie.

Gdzie Indyk może opublikować swój soundtrack?

SFX-y oraz muzyka muszą iść tutaj ze sobą w parze właśnie przez pryzmat retro lore. Ścieżkę dźwiękową otwiera nam Narita Boy – Theme, śpiewany utwór synth- popowy. Moim zdaniem mocno średni, bez polotu. Sama kompozycja nawiązuje trochę do twórczości Daft Punk – vocoderowe linie wokalne, gitary z funkowymi riffami w tle. Szkoda tylko, że wokalista nie popisał się jakąkolwiek ekspresją. Brzmi to bardzo słabo, zwłaszcza że jako Theme mógłby tu posłużyć zupełnie inny numer. Ten dałbym jako piosenkę pod creditsy. Dużo bardziej heroiczny i epicki w swoim brzmieniu jest chiptunowy Narita One – ten utwór mógłbym z czystym sumieniem dać pod menu główne. Bardzo interesująca progresja akordów, linia melodyczna też nie zawodzi – no tutaj brawa!

Podoba mi się idea stworzenia przy pomocy syntezatorów ścieżki dźwiękowej mocno orkiestrowej w swojej budowie. Wydaje się to dość świeże, jednak samo słuchanie tego na dłuższą metę jest męczące. Przekonałem się o tym w gameplayu, jak i później odsłuchując soundtrack. Weźmy chociażby utwór Techno Sword nisko brzmiące partie supersaw syntezatora męczą uszy już po pierwszych kilku powtórzeniach, a tu przecież ponad 2 minuty jeszcze przed nami. Podobnie jest chociażby ze wwiercającymi się w uszy brzmieniami w utworze Glaucoma. Nie twierdzę, że jest takich momentów jakoś super dużo, ponieważ cały soundtrack jest bardzo zróżnicowany, jednak na moje ucho Salvinsky powinien jakoś to wyważyć.

Wspominam o dużym zróżnicowaniu, gdyż mamy tutaj potężną rozbieżność od przepięknego fortepianowego Lio Chan – jak ja dawno nie słyszałem takiego pięknego fragmentu w OST do gier komputerowych (może dlatego, że przez ostatnie tygodnie gram w same gry wyścigowe), po jazzowe Gusano Bar – tutaj też pozytywnie zostałem zaskoczony „innością” motywu od reszty ścieżki dźwiękowej. Na plus na pewno zapadną też w mojej pamięci zupełnie perkusyjny Fishkoi czy punk rockowy Hex – chociaż ten ostatni nie jest jakoś szczególnie rozbudowany. Odrębną grupę stanowią tutaj Memory – aż 12 krótkich pozytywkowych utworów w scenach zawierających flashbacki – również moim zdaniem bardzo przyjemne.

To była przyjemna retro-podróż.

Słuchając ścieżki dźwiękowej do Narita Boy od razu czuć, że kompozytor był bardzo mocno zaangażowany w powstawanie samej gry, a nie tylko muzyki do niej. Całość jest różnorodna, kipi ekspresją. Salvinsky nie boi się sięgać po style odmienne od retro chiptune czy synthwave. Wspomniany przeze mnie wyżej Lio Chan jest tego najlepszym przykładem. Nie mogę tutaj odmówić kunsztu kompozytorskiego, ponieważ cały OST spełnia założenia dobrze spasowanej całości i jako soundtrack, i w połączeniu z grą. To była przyjemna retro-podróż.

Czytaj więcej:

Redaktor

Krzysztof Kus

Sound Designer, kompozytor muzyczny, a także perkusista z zamiłowania. W grach zwraca szczególną uwagę na nowatorskie podejście do tematu sound designu. Prywatnie jeden z największych fanów Dire Straits w Polsce.