Muszę na wstępie tej recenzji zrobić mały rachunek sumienia. Nie grałem nigdy w gry spod marki NieR, stąd też moje zetknięcie się z Replicantem, którego będę nazywał po prostu „Replicantem” – bez tego olbrzymiego ciągu cyfr dalej, jest świeże i może nosić znamiona „leszczowatego” dla fanów serii, szczególnie tych wielkich fanów NieR: Automata. Przyznam szczerze, że podchodziłem do tej gry ze sporą rezerwą. Wynikała ona z nieznajomości franczyzy oraz wyrobionego gustu w temacie slasherów. Czy ten debiut na współczesnych konsolach oraz pc jest udany?

Przyznam szczerze, że podchodziłem do tej gry ze sporą rezerwą.

NieR Replicant ver.1.22474487139… to znacznie bardziej rozszerzony NieR Replicant – exclusive na rynek japoński wydany w 2010 roku. Gra osadzona w przyszłości, która poprzez kataklizm wraca do ery średniowiecza. Ludzkość nie posiada żadnych zdobyczy technologii, żyje w strachu przed monstrami zwanymi Shades oraz przed niebezpieczną chorobą. Na ową chorobę zapada także siostra głównego bohatera. Od tej pory NieR przyjmuje sobie za cel wyleczenie siostry. Przemierzy świat u boku zwariowanej lewitującej książki, półnagiej wojowniczki oraz strasznej humanoidalnej broni zwanej Emil.

Gra zaskakuje przede wszystkim zawiłą fabułą, której nie jesteśmy w stanie odkryć przechodząc grę tylko jeden raz (czego sam doświadczyłem). Z początku mocno liniowa, później rozgrywka nabiera rumieńców. Będąc szczerym – dużo lepiej szlachtowało mi się demony w Devil May Cry, tutaj jedynym wyzwaniem dla mnie byli bossowie, a muszę przyznać, że mistrzem w slashery nie jestem. Dobra, bo zaraz zaczną się lamenty: „Krzyśku to miało być o muzyce z gry, a nie o twoich umiejętnościach klepania wrogów” – i słusznie! Przejdźmy zatem do muzyki.

Jest epicko, melancholijnie i czuć rozmach.

Muzykę pod przewodnictwem Keiichiego Okabe skomponowali również Kakeru Ishihama, Keigo Hoashi oraz Takafumi Nishimura. Doświadczenie Okabe zaowocowało sporym soundtrackiem, bo zawierającym ponad 40 utworów. Keichii Okabe na potrzeby obecnego remastera był też odpowiedzialny za przearanżowanie muzyki z oryginalnego „Replikanta”. I cóż mogę powiedzieć, jest epicko, melancholijnie i czuć rozmach. To jest jeden z tych soundtracków, które określiłbym mianem „poważnych” – tutaj nie ma zbytnio miejsca na jakieś żarty muzyczne, całość jest dość mroczna, statyczna. Nie czuję się jako recenzent wygodnie w takich zamaszystych kompozycjach, ale spróbuję przytoczyć kilka utworów, które zapadły mi w pamięć.

Przede wszystkich zakochałem się w piosence Hills of Radiant Wind. Uważam, że to jest jeden z najjaśniejszych punktów całej ścieżki dźwiękowej. Czuć tutaj sznyt japońskiego kunsztu kompozytorskiego. Niezwykle melodyjne, z wyraźnie zarysowaną linią melodyczną – bardzo przygodowe. Wersja odświeżona pachnie klimatami Octopath Travelera czy Bravely Default. Do tego przepiękny, wręcz anielski głos Emy Evans. Czapki z głów. Drugim utworem, który szczególnie zapadł mi w pamięć, jest Disposession w wersji na fortepian. Brzmi przepięknie, początki fraz melodii skomponowane są bardzo w stylu Joego Hisaishiego.

Czuć tutaj sznyt japońskiego kunsztu kompozytorskiego.

Utwór jest poruszająco nostalgiczny, pięknie uderza w odpowiednie struny i wzmaga klimat nostalgii wtedy, kiedy trzeba. Kolejną przepiękną kompozycją jest wykwintny walc Dance of the Evanescent. Ach, jakże tu czuć cudownie poprowadzoną melodię, baśniowo podbijaną dzwonkami. Praca sekcji smyczkowej to tutaj poezja. Mógłbym tego utworu słuchać w nieskończoność. Genialne kontrapunkty i podbicia akcentów dętymi drewnianymi. No mistrzostwo po prostu! Wartym wspomnienia jest oczywiście utwór Shadowlord z bajecznie dynamiczną linią organów kościelnych oraz piękną, choć nieco upiorną linią wokalną dla solistki.

Czy soundtrack faktycznie może zachęcić ludzi do kupienia gry?

Chociaż wielkim fanem serii NieR nie jestem, chylę czoła za genialnie skomponowaną ścieżkę dźwiękową. W grze sprawdza się ona wyśmienicie, a słuchana osobno często, jak w przypadku Dance of the Evanescent, jest przeżyciem iście niezwykłym. OST ma oczywiście miejsca nieco słabsze, jak chociażby utwór Snow in Summer, który nie przemawia do mnie w żaden sposób, to suma dobrych oraz wybitnych utworów wychodzi całej ścieżce dźwiękowej na duży plus.

Czytaj więcej:

Redaktor

Krzysztof Kus

Sound Designer, kompozytor muzyczny, a także perkusista z zamiłowania. W grach zwraca szczególną uwagę na nowatorskie podejście do tematu sound designu. Prywatnie jeden z największych fanów Dire Straits w Polsce.