Z sequelami gier mam taki problem, że mam wobec nich raczej duże oczekiwania. To samo dotyczy zresztą soundtracków do nich – zawsze liczę na to, że muzyka z drugiej części wbije mnie w fotel znacznie mocniej, niż to było w przypadku „jedynki”. Gorzej, gdy moje oczekiwania nie zostają spełnione. A jeszcze gorzej, gdy rękę do tego przykłada ktoś, kogo pracę cenię i szanuję.

Jego dzieła znane są przede wszystkim fanom filmów Takeshiego Kitano i Hayao Miyazakiego.

Joe Hisaishi to niezwykle utalentowany i uznany kompozytor, który swoją karierę muzyczną rozpoczął na początku lat 80. XX wieku. Jego dzieła znane są przede wszystkim fanom filmów Takeshiego Kitano i Hayao Miyazakiego. Muzyki z filmu „Spirited Away” mógłbym słuchać na okrągło. Jaka była moja radość, kiedy dowiedziałem się, że tworzy muzykę do Ni no Kuni: Wrath of the White Witch. Te melodie. Te dźwięki. Ta muzyka!

Kiedy w końcu dostałem w swoje łapska soundtrack do Ni no Kuni II: Revenant Kingdom, do którego rękę znowu przyłożył Hisaishi, spodziewałem się czegoś, co zniszczy mój mózg. Ale tak się nie stało… Przesłuchałem cały soundtrack. Potem drugi raz. Spojrzałem na opis, creditsy. Przesłuchałem jeszcze raz soundtrack do „jedynki”. Cytując klasyka, „coś się… coś się popsuło”. Początek brzmi nawet obiecująco. Theme from Ni no Kuni II to coś, co spodziewałem się usłyszeć na tym soundtracku – motyw jest majestatyczny, no i oczywiście w pełni zorkiestrowany. Bardzo wiernie oddaje charakterystyczny styl Hisaishiego. Także idealnie pasuje do klimatu beztroskiej przygody, jaka nas czeka w Ni no Kuni II.

Top 10 najlepszych albumów minionej dekady

W zasadzie, gdyby się mocniej wsłuchać w soundtrack, dominują w nim przede wszystkim utwory, które aż kipią swoim urokiem rodem z baśniowego opowiadania. Weźmy na przykład Let Battle Commence, który w niczym nie przypomina melodii bitewnych znanych z innych jRPG – tu bardziej przypomina średniowieczny taniec, w którym za instrument przewodni robi tamburyn. March of the Wooden Soldiers, The Curious Boy, The Boundless Skies – już same tytuły tych utworów wskazują, że gracz bierze udział w melancholijnej przejażdżce, w której towarzyszą mu kojące dźwięki orkiestry.

Ale w tej beczce miodu znalazła się łyżeczka dziegciu. Bo choć muzyka sama w sobie jest czarująca, a i do wykonania nie mogę się przyczepić, brakuje jej nieco dynamizmu. W efekcie odnoszę wrażenie, że wszystko to ciągnie się niemiłosiernie. Tak jakby muzyka chciała w końcu umrzeć, ale kompozytor jej na to nie pozwala i wyciska z niej tyle, ile się tylko da. Weźmy na ten przykład Boss Battle. Czytelnicy wiedzą, że jestem pies na wszystkie motywy bitewne w grach jRPG. Doceniam je za to, że skutecznie pompują adrenalinę w trakcie walki z potężnym bossem. Boss Battle z kolei jest mniej więcej tak samo ekscytujące, co przejażdżka autostradą – na początku czuje się pewien dreszczyk emocji (o, możemy nieco przyśpieszyć!), a po kilku sekundach nie mia nic, co mogłoby przykuć uwagę na dłużej. Liczyłem, że chociaż The Final Showdown naprawi ten błąd, ale nawet tu się pomyliłem. Oba te motywy są równie nijakie i bardzo szybko się o nich zapomina.

Tak jakby muzyka chciała w końcu umrzeć.

Nie lepiej to wygląda w przypadku melodii towarzyszących nam w trakcie zwiedzania kolejnych miejscówek. W ich przypadku postanowiono pójść nie tylko o krok dalej, ale też w drugą stronę i pozbawić ich jakiejkolwiek lekkości. Zamiast tego epatują agresywnym tonem i nadmiernym dramatyzmem, mimo że widać na ekranie, że nie ma ku temu żadnego powodu. Pod tym względem najbardziej ucierpiały te utwory, które można usłyszeć w dungeonach, jak chociażby Treacherous Valley.

Na albumie nadal można usłyszeć parę przyzwoitych kawałków, czego przykłady podałem kilka akapitów wyżej. Niemniej oceniając album jako całość, trudno mi go z czystym sumieniem polecić nawet fanom „jedynki”. Soundtrack może by się nadawał do filmu, albo do słuchania jednej melodii na dzień. Jednak w przypadku medium, gdzie każdy z utworów będzie słyszany po kilka, kilkanaście razy, graczowi trudno byłoby wysiedzieć. I nawet końcowy motyw pod wymownym tytułem Happily Ever After tutaj nie pomoże.

Czytaj więcej:

Zastępca Redaktora Naczelnego

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.