Wydany ponad siedem lat temu Bravely Default był jednym wielkim hołdem złożonym klasycznym jRPG-om z lat 90. Powiew Final Fantasy IV-VI, czyli na chwilę przed wejściem serii w erę trójwymiaru, czuć było w niemal każdym aspekcie gry. Duet Masashi Takahashi i Tomoya Asano na tym nie poprzestał. Wręcz przeciwnie – w swoim kolejnym projekcie postanowili pójść nawet o kilka kroków dalej.

Nishiki należy do grona tych osób, które bardzo mnie zaskoczyły.

Na Octopath Traveler czekałem od samego początku, tj. od momentu zaprezentowania gry na E3 z adnotacją, że nazwa „Octopath Traveler” jest… tymczasowa. Po tym, co wtedy zobaczyłem i usłyszałem, poziom hype’u wzrastał u mnie wprost proporcjonalnie do oczekiwań, które niedługo potem zostały dosyć mocno zweryfikowane.

Nie dalej jak przed rokiem napisałem na Twitterze, że Octopath Traveler było dla mnie jednym z większych rozczarowań. Mój najpoważniejszy zarzut dotyczył oczywiście fabuły, na co zwracam bardzo szczególną uwagę w grach. Rozbicie wątków na osiem niezależnych postaci miałoby sens, gdyby w logiczny sposób łączyły się ze sobą w spójną całość wraz z rozwojem wydarzeń (patrz przykład: Wild Arms). Zamiast tego wyszła wielka papka, z której pod koniec niewiele zrozumiałem i jeszcze mniej zapamiętałem. Jednak patrząc na ten tytuł z perspektywy czasu biję się w pierś i przyznaję, że dzisiaj nie podpisałbym się pod powyższymi słowami. Grało mi się całkiem dobrze i koniec końców miło ten tytuł wspominam, aczkolwiek do ideału jeszcze daleko. Ogółem dałbym może 8/10.

To, za co naprawdę należy pochwalić Octopath Traveler i co stanowi jej najważniejsze atuty, to przeniesienie kilku oldskulowych rozwiązań na współczesny grunt oraz przepiękna oprawa audiowizualna. Łącząc ze sobą styl znany z gier na SNES-a z technologią Unreal Engine 4 ekipy ze Square Enix i Acquire namalowały piękny obrazek, który został doprawiony fantastyczną muzyką Yasunoriego Nishikiego. Przyznaję, że zawszę czuję pewien niepokój, kiedy zadania stworzenia soundtracku dużej gry podejmuje się nowicjusz w branży. Ale na szczęście Nishiki należy do grona tych osób, które bardzo mnie zaskoczyły.

Recenzję zacznę nietypowo, tak samo jak nietypowy jest ten album. Otóż musicie wiedzieć, że pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy, to… układ zawartych nań utworów. Do tej pory byliśmy przyzwyczajeni, że sposób prezentacji utworów na albumie zależny jest od tego, w których momentach one występują w danej grze. W przypadku soundtracku do Octopath Traveler jest zupełnie inaczej: wszystkie utwory zostały poukładane i podzielone na konkretne kategorie, m.in. motywy postaci, odwiedzanych wiosek, bitewne itp. Przyznam szczerze, że ostatni raz coś takiego widziałem bodaj 20 lat temu. Choć akurat w przypadku Octopath Traveler to rozwiązanie ma swoje uzasadnienie w samej rozgrywce, bowiem uzależnione jest od wyboru postaci, którą zaczynamy grę. Trudno zatem, aby ktoś, kto za pierwszą postać wybrał złodzieja, zaczął słuchać albumu od melodii związanych z tancerką itd.

W soundtrackach do gier jRPG zwracam dużą uwagę na dwie rzeczy: motywy przewodnie oraz bitewne. Jeśli chodzi o te pierwsze, to rzadko kiedy (o ile w ogóle) na ich podstawie oceniam cały album. Zwykle sprawdzam, czy utwór na wstępie mnie nie odrzuca, a potem czy klei się z całością. Ale dla Octopath Traveler – Main Theme jestem w stanie zrobić wyjątek, ponieważ widać w nim jak na dłoni, czego można się spodziewać słuchając całego albumu.

Nishiki wydaje się być człowiekiem, który nie uznaje półśrodków. Jeśli ma do dyspozycji orkiestrę, to wykorzystuje 100 procent jej możliwości. Żadnego chodzenia na skróty, żadnych hamulców. Pełna instrumentalizacja i powrót do metod znanych z klasyków jRPG. Wsłuchując się we wspomniane Octopath Traveler – Main Theme można usłyszeć całą gamę instrumentów i różne kombinacje z ich użyciem, ale z zachowaniem jednolitej melodii. Wielkość tego utworu czuć w każdej sekundzie.

I ktoś mógłby powiedzieć, że cała para poszła w motyw przewodni, a dalej słuchający będzie mieć do czynienia z zaledwie cząstką tego, co usłyszał przed chwilą. Ale sceptyków muszę zasmucić i przypomnieć moje słowa z poprzedniego akapitu: Nishiki nie uznaje półśrodków. I to dotyczy całego soundtracku.

W soundtrackach do gier jRPG zwracam dużą uwagę na dwie rzeczy: motywy przewodnie oraz bitewne.

Wystarczy posłuchać samych motywów głównych postaciCyrus, the Scholar to wspaniały walc, w którym wykorzystano pełną sekcję smyczków; Tressa, the Merchant urzeka harmonijkową solówką przy akompaniamencie instrumentów strunowych; Olberic, the Warrior ze swoim militarnym zacięciem brzmi, jakby został żywcem wyjęty z powieści o heroicznym wojowniku, Ophilia, the Cleric z prostą melodią odgrywaną na flecie przywodzi na myśl wspominkowe momenty występujące w co lepszych grach jPRG; H’aanit, the Hunter dostarcza świetną solówkę na fortepianie; melancholijny nastrój Therion, the Thief zapewnia gitara akustyczna, do której po chwili dołącza flet, Primrose, the Dancer wprowadza żywotne rytmy dzięki gitarze oraz skrzypcom; Alfyn, the Apothecary serwuje zdecydowanie lżejszą, niemal jazzową nutę (saksofon robi swoje), wprowadzając słuchacza w błogi stan.

Skoro już znacie podstawy (oraz wiecie, jak świetnie brzmią), warto w tym momencie wspomnieć o innej zalecie tego soundtracku, którą najlepiej można zobrazować na konkretnym przykładzie. Weźmy postać tancerki Primrose, jedną z moich ulubionych w całym zespole. Jak już wcześniej wspomniałem, jej głównym motywem jest Primrose, the Dancer. W trakcie tułaczki po piaszczystym świecie towarzyszy jej utwór The Sunlands, gdzie na pierwszym planie postawiono gitarę, a w mieście – Sunshade, City of Pleasures, gdzie dominuje delikatna grą na klarnecie. Jedyne co łączy te trzy motywy to to, że w pełni oddają śródziemnomorskie klimaty oraz charakter Primrose. To, co je wyróżnia, a zarazem stanowi wspomnianą przeze mnie kolejną zaletę soundtracku, to ich różnorodność w brzmieniu i to pod każdym względem. Każda z postaci ma swój charakterystyczny motyw przewodni oraz równie charakterystyczne utwory, które towarzyszą im w trakcie podróży oraz w odwiedzanych miastach lub wioskach. Jednak niezależnie od tego, czy gracie obecnie Therionem, Alfynem, czy Olbericiem, zapewniam was, że na całym albumie nie znajdziecie utworów, które są do siebie podobne w jakikolwiek sposób. Chociaż… Istnieje może jeden wyjątek. Ale zachowam go sobie na koniec.

Wisienka na torcie, czyli motywy bitewne. Być albo nie być dla gry jRPG. Na moje szczęście Nishiki wybrał to pierwsze. Battle I to zdecydowanie jeden z moich ulubieńców. Bez żadnych udziwnień i eksperymentów – odnosi się do starej szkoły, wykorzystuje całą gamę instrumentów i przyprawia o ciarki, kiedy w połowie utworu rozkręcają się smyczki. Ogrom satysfakcji gwarantowany. Battle II to bardzo udane wykorzystanie gitary elektrycznej, instrumentów dętych oraz skrzypiec na pierwszym planie. W pewnym momencie przywodzi nawet skojarzenia z Baten Kaitos. Battle III to jedno z nielicznych utworów, gdzie można usłyszeć perkusję, która jest głównym powodem jeszcze bardziej podkręconego tempa.

Zapewniam was, że na całym albumie nie znajdziecie utworów, które są do siebie podobne w jakikolwiek sposób.

Melodie spod znaku Devisive Battle towarzyszą graczowi podczas potyczek z bossami. Pierwszy utwór nieco przypomina pojedynek rodem z późniejszych odsłon Final Fantasy, albo filmów Disneya (Kingdom Hearts?). Drugi jest już zdecydowanie lepszy – zaczyna się mocnym tąpnięciem, przechodzi przez zestaw melodii pochodzących z fortepianu, smyczków, instrumentów dętych, żeby zakończyć równie mocnym uderzeniem wszystkich granych instrumentów naraz. Trzeci utwór, z niewiadomych powodów nazwany They Who Govern Reason, to prawdziwa jazda bez trzymanki. Głównie za sprawą instrumentów smyczkowych, które odgrywają tutaj dużą rolę, ze skrzypcami na pierwszym planie, a w niektórych momentach także z solówką.

Wbrew nazwie Battle at Journey’s End nie oznacza końca drogi. Utwór jest zaledwie początkiem, zapowiedzią tego, co czeka nas za chwilę. Co zabawne, choć bardzo dobrze sprawdza się jako melodia zapowiadająca walkę ostateczną, to równie dobrze pasowałaby jako jedno z Devisive BattleNiemniej doceniam dostarczanie pierwszej serii zastrzyków adrenaliny przed prawdziwym opus magnum – The One They Call the Witch i Daughter of the Dark God.

The One They Call the Witch to prawdziwa kwintesencja powiedzenia „wejść z przytupem”. Utwór otwiera sekcja chóralna, której towarzyszą smyczki, organy i perkusja, a w połowie dołącza również wokal Yucca, która śpiewa na przemian z chórem. Od tego momentu czułem się, jakbym słuchał opery, albo jedną z odsłon Shin Megami Tensei. Choć to drugie porównanie zdecydowanie lepiej pasuje do Daughter of the Dark God, gdzie tym razem towarzyszy nam zdecydowanie bardziej rockowe brzmienie. I tak, to jest jedyny moment na całym soundtracku, kiedy dwa utwory brzmią do siebie podobnie, mimo że jest to zabieg celowy. Które jest lepsze? Powiem szczerze, nie mam pojęcia. Obu słuchałem z ogromną przyjemnością i często do nich powracam. Kawał solidnej roboty i gwarantowane niesamowite doznania!

Jest tam wszystko to, co chciałby usłyszeć fan retro gier oraz ktoś, komu pierwsze „fajnale” są zupełnie obce.

Na drugim biegunie i zarazem na koniec przygody otrzymujemy Ending Theme. Cóż mogę powiedzieć: jest to ośmiominutowa kompilacja nowych aranżacji wszystkich motywów odwiedzanych miejscówek, od The Frostlands do The Woodlands, wraz z motywem przewodnim gry. Wspaniałe zwieńczenie przygody z wykorzystaniem klasycznego w grach jRPG motywu „przeżyjmy to jeszcze raz”.

Album Octopath Traveler, podobnie jak cała gra, stanowi doskonałe połączenie oldskulu z nowoczesnością. Dotyczy to zarówno samych utworów, jak i czegoś tak na pozór nieistotnego, jak ich układ na soundtracku. Jeśli miałbym podsumować swoje odczucia w jednym zdaniu, to powiedziałbym tak: już dawno nie miałem takiej satysfakcji podczas słuchania muzyki do gry jRPG. Jest tam wszystko to, co chciałby usłyszeć fan retro gier oraz ktoś, komu pierwsze „fajnale” są zupełnie obce. Chylę czoła przed Nishikim, któremu udało się powrócić do przeszłości, a jednocześnie potrafił stworzyć jeden z najbardziej oryginalnych soundtracków do gry jRPG, jaki słyszałem w ostatnich latach.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.