Podczas trwania mojej przygody z redakcją Gamemusic miałem zaszczyt nominować dwa albumy do plebiscytu „album roku Gamemusic”. Pierwszy z nich – pompatyczny, przepełniony superbohaterskością Spider-Man od Insomniac Games troszkę postawił mnie w niezręcznej sytuacji, ponieważ trzymał technicznie i kompozytorsko bardzo wysoki poziom.

W tym roku podążyłem jednak trochę drogą własnego sumienia i wybrałem album, który mnie po prostu rozbawił i sprawił, że na mojej twarzy gościł (i gości nadal) szeroki uśmiech zadowolenia. A więc nie przedłużajmy: recenzja ścieżki dźwiękowej gry Pikuniku.

Pikuniku wygląda tak, jakby cały świat, łącznie z bohaterami, tworzony był w Paincie.

Pikuniku jest to gra studia Sectordub, wydana przez Devolver Digital. Opowiada o przygodach stworka imieniem Piku, który wyswobadza się z jaskini, przez co miejscowa ludność (o ile można te śmieszne stworzenia tak nazwać) mianuje go straszliwą bestią. Dalej historia biegnie niespiesznie, przetykana zagadkami logicznymi, układankami, elementami zręcznościowymi itp. Muzyka odgrywa tutaj niezwykle ważną rolę.

Calum Bowen – angielski kompozytor znany również pod pseudonimem bo en, nie jest raczej chodliwym twórcą muzyki do gier AAA. Powiedzmy sobie wprost: przeważnie gry, które mają zaszczyt być udźwiękowione przez Bowena, są dziwne, nietypowe, totalnie wystrzelone w kosmos kreatywności. Pikuniku nie jest tutaj odosobnionym przypadkiem, ponieważ jest to gra, która jak żadna inna broni rękami i nogami stwierdzenia „to nie grafika świadczy o sukcesie produkcji”.

Pikuniku wygląda tak, jakby cały świat, łącznie z bohaterami, tworzony był w Paincie, po godzinach, przy gościnnym udziale oddziału przedszkolnego. Jednakże grafika prosta w wyrazie, zaskakuje w połączeniu ze wszystkimi elementami: fabułą, udźwiękowieniem i sterowaniem. Cały ten miks mocnych indywidualnych składowych daje nam wybuch czystej kreatywności.

Gra, która jak żadna inna broni rękami i nogami stwierdzenia „to nie grafika świadczy o sukcesie produkcji”.

Grę otwiera zwiastun-reklama pewnej usługi. Oszczędny sound design, który zastępuje tutaj voice acting postaci, utrzymany jest w tej samej retro stylistyce. Można by rzec, że sound design tworzony był na wbudowanych presetach perkusyjnych jakichś tanich keyboardów dla dzieci. Taki zabieg idealnie pasuje do stylu graficznego oraz klimatu całej gry.

Ścieżka dźwiękowa przepełniona jest również bardzo klimatycznymi, spokojnymi utworami, takimi jak chociażby The Rainy Mountain. Utwory tego typu są zazwyczaj bardzo minimalistycznie skomponowane. Przeważają w nich dzwonki, prosta drewniana perkusja, czasami bongosy oraz flet. Swoją budową oraz klimatem bardzo przypominają ścieżki dźwiękowe z wielu gier wydawanych na konsolę Game Boy Advance (czyli około 2001-2002 rok).

Z drugiej strony mamy też utwory o dużo większej dynamice. Tutaj robi się naprawdę ciekawie, gdyż często muzyka jest dużo bardziej skomplikowana niż sam jej przekaz. Swingujące groovy perkusji elektronicznej, stylizowanej jak już wyżej wspomniałem na drum banki japońskich keyboardów, funkujące linie basu (swoją drogą świetnie to słychać w utworze El Bunko) oraz zwariowane melodie grane na prostych syntezatorach.

Niełatwa dekada muzyki do gier

Zgodzę się z argumentem, że można zarzucić tej ścieżce dźwiękowej słabsze momenty, jak np. w utworze The Cave, gdzie poza kilkoma nutami jest głównie cisza, jednak kunszt i swego rodzaju pozytywne szaleństwo w kompozycji czuć w zasadzie co rusz. Bardzo spójnie i z pomyślunkiem skomponowany jest utwór King of the Dancefloor – jedyny, gdzie możemy usłyszeć jakiekolwiek słowa wypowiedziane w naszej mowie. Fajnie brzmiące disco grane na prostych brzmieniowo dźwiękach z wyraźnymi naleciałościami w sekcji rytmicznej disco z lat 70.

Z muzyką do gier tego typu jest tak, że można ją albo pokochać za zwariowany styl, w zasadzie brak jakichkolwiek ograniczeń oraz tę wszechobecną radość płynącą z każdej kompozycji, albo znienawidzić za prześmiewczość, niepoważny, czasami wręcz kiczowaty charakter, a także próbę stanięcia w szranki z „poważną muzyką” pokroju OST-u z Death Stranding. Porównując zresztą dwa skrajnie różne światy muzyczne, tak naprawdę krzywdzimy oba z nich. Nie można porównywać komedii do dramatów obyczajowych.

Pikuniku jest takim seansem w kinie na dobrej komedii.

Najzwyczajniej w świecie nic się w takim porównaniu nie będzie zgadzać poza jednym – subiektywnym odczuciem, które skrzywdzi jedno z nich. Soundtrack do Pikuniku jest takim seansem w kinie na dobrej komedii, gdzie można rozsiąść się wygodnie z przeświadczeniem, że nic się nie będzie tam zgadzało, ale na pewno będzie zaskakująco i zabawnie. Stąd też moja nominacja do jakże zaszczytnego tytułu „albumu roku Gamemusic”. Uważam, że w stu procentach zasłużona. Wybaczcie, wracam potańczyć do King of the Dancefloor.

Czytaj więcej:

Redaktor

Krzysztof Kus

Sound Designer, kompozytor muzyczny, a także perkusista z zamiłowania. W grach zwraca szczególną uwagę na nowatorskie podejście do tematu sound designu. Prywatnie jeden z największych fanów Dire Straits w Polsce.