Red Dead Redemption 2 przenosi graczy do czasów, kiedy Dziki Zachód, jaki znamy z filmów z Johnem Waynem czy Clintem Eastwoodem, dobiega końca. Stany Zjednoczone dążą do pełnego ucywilizowania, a bezkarność i samosądy zostają zastąpione prawem i sprawiedliwością.

Pokazanie historii ludzi, którzy muszą zrezygnować ze swoich starych przyzwyczajeń

Do zmieniającego się świata próbują dostosować się ostatni przedstawiciele starego porządku – społeczne wyrzutki, które chcą wieść w końcu normalne życie w zastanej przez nich nowej rzeczywistości, ale zmuszeni są do ciągłej ucieczki przed duchami przeszłości. Pokazanie historii ludzi, którzy muszą zrezygnować ze swoich starych przyzwyczajeń, aby móc zacząć żyć od nowa w świecie, gdzie pojęcie „Dziki Zachód” powoli przechodzi do lamusa, wydaje się być zadaniem trudnym do wykonania.

Ale nie dla ekipy z Rockstar Games z mega zdolnymi scenarzystami na czele: Danem Houserem, Michaelem Unsworthem i Rupertem Humphriesem. Dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. Na potrzeby tej gry stworzyli bowiem Arthura Morgana – bohatera uniwersalnego i tragicznego, który niczym Odyseusz musi przebyć długą i żmudną drogę do odkupienia za grzechy z przeszłości i odnaleźć na jej końcu upragniony spokój.

Nie wdając się zbytnio w szczegóły, aby uniknąć spoilerów, napiszę tylko, że już od bardzo dawna żadna gra nie wywołała u mnie tylu emocji, co Red Dead Redemption 2. Myślę, że wpływ na to miał przede wszystkim świetnie napisany scenariusz i związana z nim zmiana w narracji – autorzy odeszli od znanego z poprzedniej części klimatu „spaghetti westernu”, gdzie wartka akcja i trup ściele się gęsto, na rzecz ballady ukazującej tułaczkę głównego bohatera, zarówno w dosłownym znaczeniu tego słowa, jak i duchowym, wręcz intymnym.

Soundtrack do kupienia na WINYLOWA

Słowo „ballada” nie pojawia się w tym tekście przypadkiem, ponieważ towarzyszyło mi ono nie tylko w trakcie ogrywania Red Dead Redemption 2, ale również podczas odsłuchiwania soundtracku do niego. Jak już wcześniej wspomniałem, nie mamy do czynienia z typowym przedstawicielem gatunku „spaghetti westernu” rodem z filmów Sergio Leone. To jest opowieść, która wymagała udźwiękowienia umiejscowionego w kontekście, a nie zawieszonego gdzieś w tle. Tym samym Woody Jackson wraz z producentem Danielem Lanoisem (zdobywca 11 statuetek Grammy!) zafundowali nam najbardziej realistyczną podróż po Ameryce u schyłku XIX wieku.

Dźwięki zawarte na albumie z muzyką Red Dead Redemption 2 to coś, co ostatnim razem uświadczyłem bodaj ponad 20 lat temu, oglądając westerny w telewizji. Banjo, harmonijka ustna, skrzypce, wiolonczela i harfa – to zestaw, który w zupełności wystarczy do odtworzenia klimatów Dzikiego Zachodu. Z tą tylko różnicą, że w odróżnieniu od poprzedniej odsłony RDR duży nacisk postawiono również na wokal. Kojące męskie chóralne głosy słychać chociażby w Moonlight (pracowała nad nim cała śmietanka artystów muzyki folkowej i country: Daniel Lanois, Daryl Johnson, Joseph Maize, Darryl Hatcher i Rhiannon Giddens) czy Crash of Worlds (chwyta za serce zwłaszcza, jeśli zna się kontekst). I chyba to właśnie sprawiło, że czerpałem ze słuchania soundtracku znacznie większą przyjemność, niż to było w przypadku pierwszego RDR.

Jednak żeby nie było przesadnie dołująco, na drugim biegunie znaleźć można Cruel World od samego króla muzyki country Williego Nelsona, przy którym trudno powstrzymać swoje ciało od kiwania się na boki, mimo umiarkowanie smutnego tekstu. Dorzucam jeszcze do tego mój ulubiony kawałek, jakim jest Table Top. Charakterystycznie brzmiące gitarowe riffy przywołują wspomnienia związane z muzyką Ennio Morricone i pozwalają nam niemal poczuć się tak, jakbyśmy brali udział w powolnej konnej przejażdżce po zakurzonych drogach, z obowiązkowym kapeluszem zsuwającym się na oczy.

Wszechobecny folk tylko wzmacniają autentyczność świata.

Zwracam też uwagę na Mountain HymnMountain Banjo w wykonaniu Rhiannon Giddens. Minimalizm w najczystszej postaci, gdzie w pierwszym przypadku dominuje nucąca autorka, a w drugim, jak sama nazwa wskazuje, rzadko spotykane w jakichkolwiek grach banjo. Zwłaszcza melodie wydobywające się z tego instrumentu jak żadne inne pasują do surowego klimatu skąpanych w mocnym blasku słońca preriach Dzikiego Zachodu. The Music of Red Dead Redemption 2 (Original Soundtrack) – bo tak brzmi pełna nazwa albumu – w zupełności wystarczy, aby zagwarantować sobie niezwykłą i autentyczną podróż po Ameryce z końcówki XIX wieku.

A jeśli ktoś chciałby jeszcze bardziej spotęgować swoje doznania, powinien zaopatrzyć się w The Music of Red Dead Redemption 2 (Original Score), który zawiera niemal dwa razy tyle utworów i przy którym siedziała jeszcze większa ekipa najzdolniejszych muzyków, m.in. David Ralicke, Gabe Witcher, Luke O’Malley, Mario Batkovic, Matt Sweeney czy Rabih Beaini. Wspaniałe, delikatne dźwięki i wszechobecny folk tylko wzmacniają autentyczność świata stworzonego przez Rockstar. Już teraz niezwykle wysoko zawiesiła poprzeczkę, jeśli chodzi o grę, przez co bardzo, ale to bardzo długo nam przyjdzie czekać na ciąg dalszy.

Czytaj więcej:

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.