Miałem 10 lat, była wigilia, a pod choinką znalazłem dwa ogromniaste pudła. Na jednym z nich szczerzyła się do mnie czerwonooka czaszka otoczona kroplami, a ponad symbolem widniały liczne nazwiska polskich aktorów. Był taki czas, gdy gry komputerowe były sprzedawane w big boxach, a oprócz 5 płyt CD (!) wewnątrz można było znaleźć zalakowaną mapę i dwie grube książki, z których jedna była instrukcją do gry.

Godzinny soundtrack składa się z doskonale napisanej muzyki, motyw przewodni wbija się w pamięć i natychmiast wprowadza w klimat heroicznego fantasy.

Moi rodzice mieli czuja, kupując na oślep Wrota Baldura. Nie wiedzieli wtedy, że zarażą mnie bez reszty miłością do fantastyki oraz gier komputerowych. Podobnie ja nie miałem pojęcia, że przez lata będę wracał do tego tytułu, parokrotnie próbując wypatroszyć foldery z  danymi, by dowiedzieć się, jak to zostało zrobione.

Ale od początku. Po dziś dzień jest to jeden z najlepszych RPG-ów, jakie dane mi było grać, a mimo siedemnastki na karku Baldur’s Gate to nadal cholernie grywalny tytuł. Sam soundtrack z kolei to podręcznikowy przykład wybitnego dzieła w każdym calu. Kompozycja zachwyca, melodie zapadają w pamięć na lata, a implementacja muzyki w samej grze była niemałym przełomem w tamtych czasach. Największa tajemnica, jaką nadal skrywa przede mną gra studia Black Isle, to odpowiedź na nurtujące mnie po dziś dzień pytanie.

Jakim cudem Feargus Urquhart – założyciel Black Isle – przekonał Michaela Hoeniga, by napisał taką muzykę? Widzicie, Michael Hoenig był wówczas głównym klawiszowcem Tangerine Dream, a większość jego twórczości stanowiła muzyka syntetyczna. Przesłuchałem każdą jego płytę i nigdzie nie potrafiłem usłyszeć choćby pojedynczej nuty wydobytej z „żywego” instrumentu. Aż tu nagle podwójny debiut. Pierwsza ścieżka muzyczna do gry komputerowej i dodatkowo wyłącznie symfoniczna!

Po dziś dzień jest to jeden z najlepszych RPG-ów, jakie dane mi było grać.

Godzinny soundtrack składa się z doskonale napisanej muzyki, motyw przewodni wbija się w pamięć i natychmiast wprowadza w klimat heroicznego fantasy, gdy w menusach tworzymy swojego bohatera. Utwory na eksplorację są nastrojowe i odpowiednie do przestrzeni wokół nas, gdy spacerujemy po lesie, melodie są ckliwe i spokojne, niepokojąco robi się gdy trafiamy do Kniei Otulisko, albo gdy przemierzamy głębiny kopalni w Nashkel. Utwory bitewne to szaleńcza gonitwa wszelakich perkusjonaliów oraz ostre, urywane dęciaki uzupełniane glissandami smyków.

Chóry zresztą też są nader częste, czy to w świątyniach, czy potyczkach. Zupełnie innym typem muzyki raczymy się w oberżach. Muzyka karczemna przestaje być narratorem unoszącym się gdzieś ponad akcją, a przenosi się pomiędzy spienione kufle i pijaczków dogorywających przy trzaskającym ogniu kominków. Kompozycyjnie nawiązuje do muzyki średniowiecznej, a instrumentarium oraz charakterystyczna „brudna” realizacja nagrań sprawia, że muzyka zupełnie odcina się od reszty pracy Michaela Hoeniga.

Nieco ponad godzina muzyki w produkcji, która wymaga od gracza prawie 100 godzin na zgłębienie fabuły, to szalenie mało. W jaki więc sposób twórcy upewnili się, że nie zanudzi graczy? Pomijając fakt, że kompozytor popełnił mistrzowskie dzieło, na szczególną uwagę zasługuje patent, który odkryłem przypadkiem. W 2001 roku nie było mowy o posłuchaniu sobie soundtracku poza grą.

Nie było YouTube’a, a co dopiero GOG-a, który wypuszcza paczki gier z bonusami. Odkryłem jednak, że większość gier z tego okresu miała muzykę implementowaną z konkretnym rozszerzeniem, które odtworzyć potrafił program Game Audio Player. W ten oto sposób dowiedziałem się, w jaki sposób została zaimplementowana muzyka w gameplay Wrót Baldura. Otóż większość utworów została pocięta na fragmenty po 15 sekund.

Genialna gra komputerowa jest grywalna nawet i dzisiaj.

W zależności od wydarzeń na ekranie, gra albo doczytywała kolejne loopy, co przy aktywnej pauzie mogło trwać praktycznie w nieskończoność, albo wczytywała finał utworu, jeśli na przykład ubiliśmy ostatniego potwora. Może to nie tak subtelna metoda, jak rozwiązania umożliwiane przez silniki FMOD i Wwise, ale mówimy o roku 1998! Wtedy to robiło kosmiczne wrażenie, a i dzisiaj, dzięki umiejętnemu cięciu tychże pętli, brzmi to świetnie. Na szczęście, dzięki Enhanced Edition, ta genialna gra komputerowa jest grywalna nawet i dzisiaj, dzięki czemu i Wy, drodzy czytelnicy, możecie poznać lub też ponownie zagłębić się, w magiczny świat muzyki Michaela Hoeniga.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.