Był czas, gdy wśród strategii dominował Westwood, a nie Blizzard. Był to również czas, gdy soundtrack do gry z epickich rozmiarów fabułą nie musiał posiadać partytury skserowanej z Johna Williamsa. Był to czas, gdy deweloperzy mieli prawdziwe jaja, by zrobić coś po swojemu, a ich gry, chociaż nieraz przaśnie zabawne w przesycie testosteronu, dawkowały radochę wiadrami.

Seria Command & Conquer stała się tego wizytówką. Popularność jej była tak wielka, że pod szyldem C&C dostaliśmy 9 tytułów, nie licząc dodatków i edycji specjalnych. Tym razem napiszę o bardzo popularnej w latach 90. w Polsce, a przynajmniej w moich rodzinnych stronach, odsłonie Red Alert. Dzięki dynamicznej rozgrywce, praktycznie zerowym wymaganiom sprzętowym i banalnemu sterowaniu zagrywałem się z kolegami po multi. Oczywiście z reguły wygrywał ten, kto grał Sowietami. Nic nie przebije cewki Tesli ani czołgu Mamut.

Agresywnego riffu gitarowego podbitego maszerującym wojskiem nie da się zapomnieć; to jeden z tych kawałków, które rozpoznaje się po pierwszej nucie.

Poza zbrojnymi w dwie armaty czołgami, innym klasycznym elementem, który doskonale pamiętają gracze, jest Hell March Franka Klepackiego. Agresywnego riffu gitarowego podbitego maszerującym wojskiem nie da się zapomnieć; to jeden z tych kawałków, które rozpoznaje się po pierwszej nucie. Ponieważ za dzieciaka grałem w piracką wersję, która wędrowała od kolegi do kolegi, dopiero kilka lat temu miałem okazję posłuchać oryginalnego soundtracku, który w piracie był wycięty. Pozbawiony nostalgicznego spojrzenia zasiadłem do muzyki sprzed 20 lat i postanowiłem napisać o nim tekst.

Czy muzyka przetrwała próbę czasu? W pewnym sensie tak. Dzisiaj może co prawda budzić spory szok poznawczy, zważywszy, że rozgrywka toczy się w alternatywnej rzeczywistości II Wojny Światowej, która tutaj wybuchła w 1950 roku. O samej muzyce mogę powiedzieć mniej więcej tyle, że jest to jeden z tych przypadków, gdy niektóre partie zestarzały się ładniej od innych. Gitary na przykład nadal trzymają poziom, niektóre partie syntetyczne również. Najgorzej wypadają brzmienia naśladujące partie orkiestrowe i perkusyjne. Zaznaczam, że nie mówię o samej kompozycji utworów, a o ich brzmieniu. No cóż, 20 lat temu nikt nie myślał, by do gry komputerowej zatrudnić prawdziwą orkiestrę. Ten trend był dopiero w powijakach.

Wystarczyłoby wziąć oryginalną partyturę Franka Klepackiego i nagrać ją jeszcze raz, na nowych instrumentach i z prawdziwą orkiestrą.

Prawda jest taka, że gdyby dzisiaj stworzyć remake Red Alerta na lepszym silniku, z lepszą grafiką, uwspółcześnionym sterowaniem i lepszym balansem armii, wystarczyłoby wziąć oryginalną partyturę Franka Klepackiego i nagrać ją jeszcze raz, na nowych instrumentach i z prawdziwą orkiestrą, nuta w nutę, i otrzymalibyśmy fantastyczny soundtrack. Sprawdźcie zresztą sami, nie tylko na YouTube, ale także na Originie. Tam możecie dorwać pełną kolekcję gier z serii C&C. Szczególnie, że w Red Alert 2 soundtrack jest jeszcze lepszy!

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.