Początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku to dla wielu firm rozpoczynających swoją przygodę z produkcją gier oraz kompozytorów 8-bitowej muzyki idealny czas na poszukiwanie własnego „ja”.

Słowem, dużo eksperymentowania z gatunkami i wymyślania mniej lub bardziej niestworzonych rzeczy wepchniętych na siłę w kartridże, aby mieć wyrobiony warsztat, solidną markę w branży, a w niedalekiej przyszłości posiadać w swojej bazie gier swego rodzaju znak rozpoznawczy.

Nazwa Codemasters przeszłaby w Polsce praktycznie bez echa, gdyby nie Pegasus.

Dobrym tego przykładem jest założone w 1985 roku Codemasters. Sporo wody w Wiśle upłynęło zanim ta brytyjska spółka założona przez braci Richarda i Davida Darlingów zyskała miano potentata gier wyścigowych z TOCA i Colin McRae Rally na czele. Bowiem przez pierwsze lata swojej działalności zajmowała się wydawaniem i tworzeniem tytułów ze zdecydowanie innej półki. Nazwa Codemasters przeszłaby w Polsce praktycznie bez echa, gdyby nie Pegasus. 

Ta sprowadzona do kraju Lecha azjatycka podróbka NES-a gościła w domach niemal każdego szanującego się gracza i była naszym oknem na Zachód (i na Wschód, jeśli komuś się poszczęściło zdobyć egzemplarz Final Fantasy w oryginalnym języku). Zza wschodniej granicy sprowadzano do nas prawdziwe perełki (oraz ich przeróbki), opakowane w różnokolorowe nieoryginalne kartridże, w które nasi bracia i siostry zza oceanu zagrywali się na co dzień.

Codemasters_logo

Na naszym ledwo uczącym się raczkować rynku konsol, gdzie po kartridże do „Pegaza” można było latać już nie tylko do pana w skórzanej kurtce na bazarku, ale też do w pełni profesjonalnego – jak na nasze możliwości – stoiska w centrum handlowym w samym sercu miasta, można było natrafić na prawdziwe rarytasy. Jednym z nich była „Złota Piątka” od Codemasters.

„Złota Piątka” wyróżniała się dwiema rzeczami.

Wszędzie można było znaleźć pirackie składanki w stylu „1000-in-1”, ale „Złota Piątka” wyróżniała się dwiema rzeczami. Raz, że to była kolekcja pięciu wyselekcjonowanych gier jednego producenta, dwa, sposób dystrybucji. Warszawska firma AGES mająca „prawa i wyłączność na Polskę” wypuściła na rynek szare pudełko przypominające opakowanie do gier z Sega Mega Drive, w środku którego znajdowały się instrukcje po angielsku i po polsku oraz kartridż ze składanką. Najwyższy czas przyjrzeć się tym tytułom, które zyskały u nas status kultowych.

Ultimate Stuntman (1990)

maxresdefault

Gra jest w zasadzie ucieleśnieniem ówczesnej filozofii Codemasters – łączenie gatunków, aby powstała spójna całość. Oferowała rozgrywkę w stylu Contry (przesz do przodu i strzelasz), jazdę samochodem, na motorówce, paralotnią, wspinaczkę na szczyt, zagadkę logiczną w postaci rozbrajania bomby i walkę z najróżniejszymi bossami.

Było wszystko – jak przystało na grę akcji, musiała otrzymać wypełniony adrenaliną soundtrack. O to zadbał Gavin Raeburn, który postanowił muzyce nadać styl „bubblegum” – lekki, chwytliwy pop wykorzystywany w akcjach komercyjnych na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. I to da się usłyszeć od momentu włączenia gry. Jest szybko, skocznie i pełno energii.

W końcówce lat 90. Raeburn już niczego nie skomponował. Kiedy Codemasters na dobre przesiadło się na gry wyścigowe, Raeburn zajmował kolejno stanowiska programisty, designera, a nawet producenta, aż w ostateczności przeszedł do Microsoft Studios. Jego nazwisko możecie znaleźć na liście płac w Forza Horizon 2 jako Studio Director.

Big Nose the Caveman (1991)

Platformówka, w której główną rolę gra tytułowy wielkonosy jaskiniowiec, z maczugą w ręku ścigający po świecie (?) swój przyszły obiad – wielkiego pterodaktyla.

Moimi ulubionymi momentami są te, w których jaskiniowiec, posługując się swoją maczugą.

Będzie musiał pokonać wiele przeszkód, od prostych pułapek, niewielkich rozmiarów dinozaurów i śmiercionośnej lawy/wody, aż do najprzeróżniejsze stwory czyhające na końcu każdej z plansz. Moimi ulubionymi momentami są te, w których jaskiniowiec, posługując się swoją maczugą, lata w powietrzu. Po dziś dzień nie mam pojęcia, jak to działa.

Także i w tym przypadku można było liczyć na różnorodność w utworach. Podobnie jak w Ultimate Stuntman, panuje tu szybkie tempo i skoczność, choć jest zdecydowanie weselej. Największym dla mnie zaskoczeniem było nazwisko osoby odpowiedzialnej za skomponowanie soundtracku. Allister Brimble to człowiek stojący za muzyką do takich gier jak Superfrog, Alien Breed, Colonization, RollerCoaster Tycoon, Driver i wielu, wielu innych. Wystarczy zobaczyć portfolio Orchestral Media – firmy, którą założył razem z Anthonym N. Putsonem. Robi wrażenie.

The Fantastic Adventures of Dizzy (1991)

Moim zdaniem najlepsza pozycja w całym zestawieniu. Gra przygodowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Główny bohater, tytułowy Dizzy, chcąc uratować wioskę ze złego uroku oraz swoją dziewczynę z rąk czarnoksiężnika Zaksa, musi wykonać po drodze mnóstwo zadań typu „przynieś-podaj-pozamiataj” z wykorzystaniem zebranych przedmiotów, uważając na liczne przeszkody w postaci: zwisających z drzew pająków, nietoperzy, smoka w kopalni, piratów, lawy itp., itd. Ogrom całej gry można opisać tak: Zelda z Wielkiej Brytanii.

Matt Gray, którego mogliście poznać przy okazji Reformation, wykonał kawał roboty, żeby każda plansza miała własny motyw: w The Mines/Graveyard słychać mroczne tony, Underwater niemal niczym nie różni się od innych motywów podwodnych, a Pirate Ship stanowi misz-masz Yankee Doodle i The Sailor’s Hornpipe. Ciekawostka: zamek Zaksa jest kopią zamku z filmu Monty Python i Świety Graal. Matt jest wielkim fanem grupy Monty Pythona.

Micro Machines (1991), Big Nose Freaks Out (1992)

W przypadku dwóch ostatnich tytułów – i mówię to z bólem serca – pokpiono sprawę. Nie mówię o tym, że te gry są złe, wręcz przeciwnie. Pomysł, żeby zminiaturyzować wyścigi i przenieść pojazdy na stół do bilardu, wanny czy stołu w warsztacie samochodowym był świetny i grywalny.

Ale od strony muzycznej postawiono jedynie na pojedyncze utwory.

Podobnie jest z kontynuacją Big Nose, w której znany jaskiniowiec jeżdżący na deskorolce mógłby na spokojnie konkurować z grami z serii Sonic. Ale od strony muzycznej postawiono jedynie na pojedyncze utwory słyszalne na ekranie tytułowym i w przejściach pomiędzy planszami, całkowicie pomijając główną rozgrywkę. Wielka szkoda, aczkolwiek te kilka kawałków i tak warto przesłuchać.

Czytaj więcej:

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.