Zabrzmi to dziwnie, ale pomysł na ten tekst narodził się w mojej głowie podczas oglądania… koncertu noworocznego Filharmoników Wiedeńskich. Otóż mam taki swój noworoczny rytuał, że zaraz po tym, jak oprzytomnieję z sylwestrowej zabawy, robię dwie rzeczy: włączam telewizję na relację z Wiednia i jednocześnie ustawiam radio na Trójkę, żeby cicho w tle pogrywał Top Wszechczasów, przynajmniej do pierwszej pięćdziesiątki. Czy może być coś lepszego na rozpoczęcie nowego roku, niż strawa dla duszy w postaci pełnokrwistego koncertu symfonicznego doprawiona legendą muzyki współczesnej? Ale w tym roku było trochę inaczej. Oto siedziałem przed telewizorem i patrzyłem, jak Gustavo Dudamel dyryguje pokaźnej orkiestrze, grającej utwory Straussów i innych autorów muzyki klasycznej, i zacząłem się zastanawiać: czy to jeszcze kultura wysoka, czy już rozrywka dla mas?

Za moich czasów sukcesywnie wpajano mi do głowy, że symfonia jest zarezerwowana li tylko i wyłącznie dla twórczości Beethovena, Bacha, Mozarta.

Cofnijmy się na chwilę do czasów wczesnoszkolnych. Chodzi mi zwłaszcza o ten moment w naszej edukacji, kiedy nauczyciele muzyki tłumaczyli maluczkim podstawy podstaw tej dziedziny. Otóż musicie wiedzieć, że za moich czasów sukcesywnie wpajano mi do głowy, że symfonia jest zarezerwowana li tylko i wyłącznie dla twórczości Beethovena, Bacha, Mozarta i innych wirtuozów muzyki poważnej, którą zwykle grywa się w filharmoniach przed odświętnie ubraną publicznością. W tym przekonaniu żyłem ładnych kilka lat, w trakcie których – mimo mojego ogromnego szacunku dla kompozytorów muzyki poważnej – starałem się omijać z takie miejsca z daleka. Po prostu uznałem, że będąc młodziakiem powinienem czerpać z młodości co najlepsze, a nie zajmować się poważną „rozrywką” dla dorosłych ludzi mających na sobie spodnie w kant.

Dzisiaj bowiem tradycyjna orkiestra jest w stanie zagrać duży koncert nie tylko muzyki poważnej, ale również popularnej.

Patrząc z perspektywy czasu na ten temat mogę napisać, że zasada, którą lata temu wyniosłem ze szkoły obecnie przechodzi do lamusa. No, może nieco przesadziłem: nie tyle przechodzi do lamusa, co ulega pewnym modyfikacjom. Dzisiaj bowiem tradycyjna orkiestra jest w stanie zagrać duży koncert nie tylko muzyki poważnej, ale również popularnej. Oczywiście, nie jest tajemnicą poliszynela, że orkiestry były i są wykorzystywane do stworzenia soundtracków do filmów i gier. Jednak mówimy tu o pewnym zjawisku i swego rodzaju fenomenie: oto orkiestra symfoniczna złożona z pokaźnej ilości uzdolnionych muzyków, która wedle naszego wyobrażenia z czasów szkolnych powinna odgrywać jedynie klasyczne utwory wybitnych kompozytorów muzyki poważnej, może zagrać muzykę z filmu lub gry na żywo w filharmonii i przed żywą publicznością.

Spójrzcie na to, co dzieje się dzisiaj: przynajmniej kilka razy do roku informujemy o koncertach poświęconych muzyce do gier, a parę z nich udało się zorganizować także w Polsce. I co ważniejsze, sale koncertowe zawsze zostają wypełnione po brzegi. Temat został podchwycony także przez media nie zajmujące się na co dzień grami: kilka lat temu CBS News napisało wprost, że koncerty z muzyką do gier ratują orkiestry symfoniczne, które z roku na rok traciły publikę. Legend of Zelda: Symphony of the Goddesses, Distant Worlds: Music from Final Fantasy, Pokémon: Symphonic Evolutions – te i inne koncerty przyciągają prawdziwe tłumy do filharmonii.

Tu chodzi przede wszystkim o odczuwanie doznań płynących ze słuchania muzyki granej na żywo i wykonywanej przez żywych ludzi w wielkiej i pięknie udźwiękowionej hali.

Jednak z czasem pojawiła się również krytyka. Niektórzy bowiem sądzą, że nie należy łączyć muzyki popularnej z symfonią; że to spłyca odbiór muzyki w ogóle, a orkiestrę sprowadza się do poziomu weselnych grajków, przez co ta zatraca swoją elitarność. Krótko mówiąc: nie należy szargać świętości. Czy te zarzuty są w pełni uzasadnione? Moim zdaniem nie. Otóż szufladkowanie muzyki symfonicznej jako czegoś należącego do elit klasy inteligenckiej, a zaliczanie wszystkiego poza nią do rozrywki dla pospólstwa jest nie tylko szkodliwe, ale też nieusprawiedliwione i po prostu głupie.

W słuchaniu muzyki granej przez w pełni wyposażoną orkiestrę pod dyktando uznanego dyrygenta wcale nie chodzi o to, aby czuć się od kogoś lepszym, wyższym czy mądrzejszym. Tu chodzi przede wszystkim o odczuwanie doznań płynących ze słuchania muzyki granej na żywo i wykonywanej przez żywych ludzi w wielkiej i pięknie udźwiękowionej hali, czego nie da się uświadczyć słuchając płyty kompaktowej. A dzięki temu, że dzisiaj odgrywana jest także muzyka popularna, w tym również z gier wideo, narodziło się nowe pokolenie młodych ludzi, którzy czerpią radość płynącą ze słuchania muzyki orkiestralnej. I to niekoniecznie poprzez twórczość Beethovena, Bacha, Mozarta, ale przez dzieła Shimomury, Kyda czy Hoeniga. I najbardziej istotne jest to, że przybywa ludzi, którzy taką muzykę doceniają.

Jest zatem wielce prawdopodobne, że mimo różnic pokoleniowych między nimi a wspomnianymi krytykami, soundtracki z gier będą stały na równi z muzyką poważną. Bowiem nie ma nic złego w tym, jeśli kultura wysoka otwiera się na szerszą publikę. Zwłaszcza jeśli w grę idzie miłość do słuchania przepięknych dźwięków w wypełnionej po brzegi sali koncertowej.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.