John Williams i Hans Zimmer zniszczyli soundtrack. Są dla muzyki filmowej tym, czym Disney dla animacji. Wpierw zrobili coś przełomowego i wybitnego (jak orkiestrowy soundtrack do filmu science-fiction w czasach, gdy wszyscy katowali widzów prymitywnymi syntezami), a potem zdominowali swój rynek tak bardzo, że każdy chcący zrobić to odrobinę inaczej jest skazany na porażkę, bo nie jest wystarczająco podobny do wyżej wymienionych.

Ale to nie jedyna ich przewina. Bo zacznijmy od jednej dość niepopularnej informacji – Williams i Zimmer to zawodowi plagiatorzy.

Zważywszy, że mamy dzisiaj do czynienia z coraz częstszym forsowaniem stylu Williams-Zimmer, niesie to ze sobą poważne zagrożenie dla kreatywności muzyki.

Jeśli nie wierzycie, pogrzebcie w Internecie, obaj panowie doskonale kradną motywy z innych kompozytorów. O ile Williams lubuje się w Strawińskim, Dworzaku, Korngoldzie, Czajkowskim oraz Holście, Zimmer nie ma większych problemów w rżnięciu z muzyki powstałej kilka lat wcześniej. To nie jedyne podobieństwo między tymi przereklamowanymi kompozytorami.

Dzisiaj nazwiska Zimmer i Williams to bardziej logotyp firmy zatrudniającej kilkunastu kompozytorów pracujących pod egidą znanych szefów, których współczesne dzieła są może zarysowywane przez nich samych, ale finalizowane przez cały sztab kompozytorów, realizatorów i sound designerów.

Zrzut ekranu 2017-10-10 o 13.44.10

O ile mogę zrozumieć słowa Picassa i Strawińskiego: „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”, o tyle wychwalanie pod niebiosa kompozytorów, którzy nie inspirują się muzyką innych, a tylko ją przerabiają na tyle, by brzmiała bardziej hollywoodzko, może działać na nerwy. Zważywszy, że mamy dzisiaj do czynienia z coraz częstszym forsowaniem stylu Williams-Zimmer, niesie to ze sobą poważne zagrożenie dla kreatywności muzyki.

Zupełnie jakby istniał tylko jeden przepis na muzykę podsycającą atmosferę i wynoszącą historię na poziom heroiczny. To muzyka produktowa, gwarantująca sukces produkcji, więc twórców filmów można zrozumieć – film się lepiej sprzeda, ale prowadzi to do niespotykanych wcześniej zachowań. Jako przykład podam produkcję Blade Runner 2049.

Nie wiem, czy Blade Runner na tym zyskał, czy stracił – poznamy prawdopodobnie tylko wersję Zimmera.

Na kilka dni przed premierą gruchnęła wieść, że Jóhann Jóhannsson został odsunięty od soundtracku i muzykę skomponuje duet w składzie Benjamin Wallfisch i Hans Zimmer. Duet raczej w teorii, bo nawet zakładając, że informacja wyciekła z miesięcznym opóźnieniem, nikt nie jest w stanie stworzyć dobrej ścieżki muzycznej do filmowej superprodukcji w tak krótkim czasie.

Boli mnie to podwójnie. Po pierwsze Jóhannsson dowiódł w Nowym początku i Sicario, że jest świetnym kompozytorem, a muzyka z trailerów potwierdzała, iż zatrudnienie go jako następcy Vangelisa ma szansę się powieść. Po drugie mamy tu przykład odsunięcia zdolnego kompozytora za pięć dwunasta, bo znalazła się dodatkowa fura siana na Hansa Zimmera. Nie wiem, czy Blade Runner na tym zyskał, czy stracił – poznamy prawdopodobnie tylko wersję Zimmera, ponieważ muzykę Jóhanna najpewniej producenci zamkną pod kluczem.

Częściowo należy winę zrzucić na proceder stosowania temp tracków. Dla mniej zorientowanych spieszę z pomocą. Jak nazwa sugeruje, mowa o utworach stosowanych tymczasowo (ang. temporary) przez reżysera i montażystę celem zbudowania odpowiedniego nastroju dla sceny, a także dopasowanie rytmu montażu z zawartością muzyki. Najczęściej po zmontowaniu sceny prosi się kompozytora o stworzenie nowego utworu, również pasującego do zmontowanego fragmentu, ale na tyle nowego, by nie podpadał pod oczywisty plagiat. Niektórzy twórcy radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej, a jeszcze inni kopiują bez większych ceregieli, zachowując bardzo wiele wspólnych elementów z oryginałem, niemniej zmieniając partyturę na tyle, aby tylko najdociekliwsi zauważyli podobieństwa.

Może przy odrobinie szczęścia za kilka lat Hollywood się obudzi i umożliwi zdobywanie Oskarów nowemu narybkowi kompozytorskiemu.

Nobuo Uematsu dla filmu dokumentalnego *beep

Może przy odrobinie szczęścia za kilka lat Hollywood się obudzi i umożliwi zdobywanie Oskarów nowemu narybkowi kompozytorskiemu. A może czeka nas dżuma zimmerowej sztampy opartej na kilku skradzionych motywach, bębnach od Heavyocity i jednej ładnie ukręconej syntezie stworzonej po koleżeńsku przez Junkie XL-a,  jednego z armii wyrobników pracujących pod batem Hansa, jak kiedyś się zdarzyło Raminowi Djawadiemu. Czas pokaże. O grach napiszę w drugiej części.

Czytaj więcej:

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.