Castlevania: Symphony of the Night pojawiła się na konsole PlayStation i Sega Saturn nagle i zdołała wnieść do tej nieco skostniałej formuły najsłynniejszej serii gier o pogromcach sługusów Księcia Ciemności powiew świeżości, nie naruszając przy tym jej fundamentów. W SotN nowe było niemal wszystko: począwszy od wprowadzenia bardziej mrocznej i “żywej” atmosfery, nowatorskiego sterowania, systemu statystyk rodem z RPG, a na solidnej renowacji, polegającej na dostosowaniu do nowych platform oprawy graficznej i muzycznej, skończywszy.

Michiru Yamane doskonale wiedziała, co chce zrobić: jakie dźwięki gra ma wydawać, aby to wszystko współgrało z unowocześnioną Castlevanią.

Istnieje powszechne przekonanie, że właśnie ta odnowiona muzyka z SotN jest najlepszym zbiorem dźwięków w całej serii, co jest niemałym komplementem dla twórców, a w szczególności dla samego Koji Igarashiego, producenta SotN. Ponieważ kiedy pada hasło Castlevania pierwsze, co przychodzi na myśl, to atmosfera, którą w głównym stopniu budują skomponowane melodie. W SotN tę atmosferę ewidentnie było czuć w każdej minucie gry.

Soundtrack do kupienia na WINYLOWA

Michiru Yamane doskonale wiedziała, co chce zrobić: jakie dźwięki gra ma wydawać, aby to wszystko współgrało z unowocześnioną Castlevanią, która, bądź co bądź, wyprzedza niemal pod każdym względem dobrze jej znane Bloodlines o lata świetlne. Dodatkowo musiała mieć na uwadze zupełnie nowe elementy, jak backtracking oraz ogromny obszar do zwiedzania – utwory musiały zostać skomponowane w taki sposób, aby gracz nie poczuł się zagubiony i znudzony podczas eksploracji kolejnych komnat zamku Drakuli.

Yamane postanowiła postawić na znaną z Bloodlines prostotę, ze szczególnym naciskiem na barokowe brzmienia. Choć chóry barokowe słyszane chociażby w Metamorphosis i Prayer są na tym albumie rzadkością, stanowią one jedynie rozgrzewkę przed prawdziwą symfonią instrumentów charakterystycznych dla tego nurtu, także w klasycznym tonie. Album może pochwalić się utworami, w których nie brak pięknych, grających nieprzerwanie klawesynowych brzmień Wood Carving Paritita czy też chóru śpiewającego przy akompaniamencie organów Requiem for the Gods. Jednak szczególną uwagę zwracam na wisienkę na torcie – Final Toccata, która została skomponowana tak, jakby miała w rzeczywistości zostać wykonywana w sali koncertowej w czasach późnego baroku w pierwszej połowie XVIII w.

Kompozytorka powyższymi dziełami wraca do korzeni swojej twórczości, dzięki czemu łatwiej jest nam wczuć się w klimat Castlevanii, charakteryzującej się bogactwem ozdób, wypełnionej ekspresyjnymi posągami i rzeźbami. Jednocześnie nie zapomina o dostarczeniu graczom tego, z czego zazwyczaj składają się gry pełne strzyg i straszydeł, czyli wzbudzenia poczucia strachu. A takich dźwięków trochę się na tym albumie pojawiło. Pewną dozę niepokoju dostarczają utwory, charakteryzujące się niepokojącym początkiem, a następnie mocnym wejściem, których wysłuchanie przywodzi na myśl scenę pod prysznicem z „Psychozy” Alfreda Hitchcooka (Door of Holy Spirits), oraz takie, które swoim brzmieniem przypominają melodię pościgu rodem z horroru – mocny wstęp i wzrastające napięcie sprawiają, że trudno jest nam przewidzieć, jak ten „pościg” się zakończy Curse Zone.

Jednak największy lęk u słuchacza może wzbudzić melodia, okraszona najbardziej niepokojącymi, aczkolwiek spokojnymi dźwiękami (głównie fortepianu), której słuchanie samemu w ciemnym pomieszczeniu sprawia, że nigdy nie jest sie pewnym tego, co znajduje się w kącie. Takie doznania mogę polecić jedynie ludziom o mocnych nerwach. Cała reszta robi to na  własną odpowiedzialność Abandoned Pit.

Oprócz tych najbardziej oczywistych, na albumie da się usłyszeć także bardziej wysublimowany, „niepokojący” utwór. Requiem for the Gods zaczyna się od niewinnego chórku, który brzmi, jakby był gotowy do ataku. Następnie stopniowo zaczynają pojawiać się kolejne instrumenty, aż w końcu dochodzi do punktu kulminacyjnego w postaci organów granych w wysokim tonie. Całość brzmi, jak mozolna i wykańczająca tułaczka po górach, gdzie główną nagrodą za dojście na szczyt jest podziwianie pięknych widoków, doznając na końcu wiecznego spokoju.

Całość brzmi, jak mozolna i wykańczająca tułaczka po górach.

Castlevania to nie tylko klimat, ale też akcja. Wystarczy wsłuchać się w mój ulubiony Dracula’s Castle, do którego Akira Yamaoka przyłożył rękę swoim występem na gitarze elektrycznej, aby wiedzieć, o czym mówię. Z jednej strony da się wyczuć spokój wykonywanego utworu, a z drugiej wywołuje on u gracza gotowość do walki, oraz poczucie, że nic go nie powstrzyma. Takich przykładów na to, że nawet jeśli nie graliśmy w grę, to po melodii można poznać, że dzieje się akcja, jest na tym albumie znacznie więcej. Niemniej zdarzają się pewne odstępstwa.

Dla mnie kwintesencję takich gier stanowią utwory grane podczas walk z bossami. Po nich zawsze spodziewam się wiele, a w przypadku Castlevanii różnie z tym bywało. W SotN słychać, że melodie te dobrze wtapiają się w tło walki. Jednak już poza nimi wyraźnie da się usłyszeć, że dostarczono nam utwory, które wydają się być zapętlonymi, kilkunastosekundowymi melodiami ze wstawkami, które prawdopodobnie mają nam pomóc w odróżnieniu 15 sekundy od 30. Daje to poczucie chaosu oraz braku konsekwencji.

Czy biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy można uznać, że Castlevania: Symphony of the Night posiada najlepszy zestaw muzyczny w całej serii? Odpowiedź brzmi „nie”. Ale zanim zostanę zlinczowany, słowo wyjaśnienia. Symphony of the Night sprowadziła całą serię na zupełnie nowy tor i tym samym następne gry zaczęły powstawać wedle nowo ustalonego schematu. W ciągu kolejnych lat każda nowa Castlevania stawała się coraz lepsza: większa, bardziej rozbudowana, z coraz lepszą grafiką, no i przede wszystkim – lepszą muzyką. W którymś momencie uczeń przerósł mistrza.

Symphony of the Night sprowadziła całą serię na zupełnie nowy tor.

SotN jest pierwszą częścią, która przetarła ścieżkę dla swoich następców, i przez to, jako całość jest wyjątkowa w swoim rodzaju. Jej muzyka prawdopodobnie nie zajmuje już pierwszego miejsca na podium jako ta jedyna, ale też nie oznacza, że nie może na niej stać ex aequo z innymi. Bo tego zestawu melodii warto przesłuchać nawet po tylu latach.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.