Mortal Kombat 11 to najlepszy Mortal Kombat i kropka! Ed Boon i spółka od lat starają się odkrywać koło na nowo, z każdą kolejną iteracją ucząc się nowych technik produkcyjnych i sprawiając, że kolejne tytuły, szczególnie po reboocie z 2011 roku, idą w jednym kierunku.

Nikt normalny nie oczekuje, by w bijatyce była jakakolwiek fabuła.

W górę. MK9 było świetne, i nawet dzisiaj może dawać masę frajdy, MKX wsadziło kilka ciekawych postaci udowadniając, że można kontynuować historię ustaloną w poprzedniej części w dość udany sposób. Nie czarujmy się jednak. Nikt normalny nie oczekuje, by w bijatyce była jakakolwiek fabuła, a co dopiero tak epicka jak w Mortal Kombat 11! Pomińmy to, że „jedenastka” wygląda, brzmi i gra się w nią najlepiej, ta część ma fabułę tak pokręconą, że nie widzę sensu w tworzeniu filmu hollywoodzkiego – Netherrealm spokojnie potrafią zrobić to sami.

We wstępie skupiłem się na fabule, ponieważ to właśnie ten element nowego Mortala otrzymał muzykę z rąk Wilberta Rogeta. Ten soundtrack jest równie bezwstydny co sama gra. Mamy weń wszystko, czego moglibyśmy się spodziewać. Orkiestra? Rzecz jasna i to głośno, dynamicznie, chociaż zdarzają się delikatniejsze momenty, jednak ich rzadkość sprawia, że szczególnie zwracamy na nie uwagę.

Świadomy tego kompozytor sprawił, że to właśnie tam słyszymy rozmaite smaczki pokroju instrumentów azjatyckich, ckliwych melodii na skrzypcach lub ostrych syntez. Tych ostatnich zresztą nie brakuje, a uderzają często w kontrze do orkiestracji jako agresywne wstawki, czasem pod instrumentami klasycznymi, czasem zupełnie ściszając pozostałe partie i dominując krótko, jak dobrze wymierzone combo.

Jeżeli miałbym podsumować soundtrack jednym zwrotem, byłoby to angielskie „over the top”.

Przemoc? Aż do przesady. Wymagane umiejętności od gracza? Aż do przesady. Fabuła rozciągnięta na 11 gier i linii czasu? Aż do przesady. Epickość i pompatyczność leje się z głośników hektolitrami niczym posoka z ekranu. Zaskakującym jest jednak brak tematu, który zapamiętalibyśmy na dłużej niż kilka chwil po rozgrywce.

Owszem, pojawiają się ciekawe momenty jak w utworach Black Dragon, Sins of the Father, czy też totalnie przegięta aranżacja w Immortal Kombat, ale poza momentami reszta melodii niknie przykryta maksymalnie zrytmizowanymi sekcjami. Nie zrozumcie mnie źle, w kampanii to się broni i spełnia swój cel w stu procentach, ale jednak nie liczcie na to, że będziecie często wracać do soundtracku.

Jeżeli chodzi o stage music, to otrzymaliśmy kilka kompozycji od Dynamedionu i szczerze nie czuję, by ta muzyka jakkolwiek się wybijała. Owszem, jest głośno, rzeźnicko i słychać podobną fuzję elementów syntetycznych i orkiestrowych, ale mam wrażenie chaosu dla samego efektu młócki. Na szczęście muzyka w pojedynkach jest zdecydowanie na dalszym planie, niż miało to miejsce w kampanii, więc audio mamy głównie przykryte genialną robotą sound designerów, bo co jak co, ale od Mortal Kombat z 2011, poprzez Mortal Kombat X, dźwiękowcy Netherrealm wynieśli dźwięki walki wręcz na zupełnie nowe wyżyny jakości i mięsistości.

Jako sztuka sama dla siebie prezentuje się dość mizernie.

Mortal Kombat 11 soundtrack to muzyka z gatunku tych, które doskonale sprawują się w kontekście, natomiast jako sztuka sama dla siebie prezentuje się dość mizernie i poza paroma momentami nie oferuje nic, do czego chcielibyśmy wracać częściej.

Redaktor

Konrad Belina-Brzozowski

Wykładowca Warszawskiej Szkoły Filmowej oraz Szkoły Muzyki Nowoczesnej. Alchemik dźwięku, muzyk elektroniczny i sound designer.