Wild Arms było jednym z pierwszych jRPG, jakie trafiło na „szare” PlayStation. Nie zdobyło w prawdzie takiej popularności, co wydane niemal pół roku później Final Fantasy VII, ale trzeba za to przyznać, że to była bardzo udana produkcja, która została ciepło przyjęta przez fanów gatunku. Również redakcje gamingowe nie szczędziły pochwał Wild Arms, czego dowodem są bardzo wysokie noty oraz przyznanie kilku wyróżnień.

Michiko Naruke, jedna z najlepszych japońskich kompozytorek, wykorzystała całe spektrum niekonwencjonalnych instrumentów oraz stylów.

Michiko Naruke, jedna z najlepszych japońskich kompozytorek, wykorzystała całe spektrum niekonwencjonalnych instrumentów oraz stylów, które w połączeniu z subtelnymi melodiami pozwoliły jej na stworzenie soundtracku, który z jednej strony wiernie oddaje westernową otoczkę gry, z drugiej – zachowuje jej jRPG-owy charakter. Na kilka kolejnych lat taki sposób komponowania stanie się wizytówką Naruke, ale to już temat na kolejne teksty.

Chyba najlepszym zobrazowaniem tego, z czym słuchający będzie miał do czynienia, jest motyw pojawiający się tuż po uruchomieniu gry. Into the Wilderness zaczyna się od przygrywki dwóch gitar akustycznych, które wraz z dołączonym po chwili gwizdem, powoli i z niesamowitym wdziękiem podbudowują atmosferę. W kulminacyjnym momencie dołączają kolejne instrumenty, podkręcając tym samym tempo, aż w końcu smyczki wespół z tamburynem, perkusją i trąbkami niemal całkowicie przejmują stery, prowadząc cały utwór do stanu początkowego, gdzie gitary i gwizd kończą dzieło. To wszystko wraz z niesamowitymi obrazkami towarzyszącymi melodii daje prawdopodobnie jedno z najlepszych wprowadzeń w historii jRPG, jakie kiedykolwiek zobaczycie.

Jednak to nie jest jedyny tego typu utwór. Klimat dzikiego zachodu udziela się w co bardziej kluczowych momentach na soundtracku i to w najróżniejszych formach i stylach. Przykładem tego jest typowo westernowy Lone Bird in the Shire, który towarzyszy graczowi na mapie świata, nieco bardziej zagrzewający do działania Courage, czy mający w sobie pewne latynoskie naleciałości Oops…. Jak wspomniałem na początku, pomysł Naruke na soundtrack sprawił, że na albumie znalazły się nie tylko westernowo brzmiące kawałki, ale też takie, które nam przypominają, że Wild Arms jest przede wszystkim jRPG.

Mówię tu głównie o melodiach towarzyszących w wioskach jak Town, w którym flet i tamburyn odgrywają znaczące role, czy niezwykle spokojny, a przy tym jakże czarujący Village of the Eru. Równie istotne są też te odgrywane w emocjonalnych scenach, tj. Alone in the World Uncertain Feelings Rushed. Polecam przesłuchać oba – pierwszy za świetną grę smyczkami, fletem i nie tylko, a drugi za pewien ciężar emocjonalny wyrażony harmonijką na pierwszym planie i z lekkim chórem w tle. Ale także w miejscówkach, których nie spodziewalibyście się zobaczyć w grze „westernowej”, jak Ardelhyde Castle czy A Monastery. Zwłaszcza ten ostatni brzmi, jakby został żywcem wyjęty z Harvest Moon.

Klimat dzikiego zachodu udziela się w co bardziej kluczowych momentach na soundtracku.

Również ciekawie prezentuje się chór, który możemy usłyszeć w motywach już na samym początku gry: Demon’s Castle i Bringing it Back to Soil. Polecam każdemu, komu po drodze z „kościelnymi” klimatami, bo wyszło to naprawdę świetnie. Zwracam również szczególną uwagę na motywy przewodnie postaci. Tak, takie motywy istnieją i każdy z nich idealnie podkreśla indywidualny charakter występujących w grze postaci. Poza wspomnianymi Lone Bird in the Shire (zarezerwowane dla Roddy’ego) i Oops… (Zed), są również Whistle of the Warrior (Boomerang), którego już sam tytuł zdradza, jakie dźwięki odgrywają kluczową rolę, a także równie wszystko mówiący Not a Plain Child, but a Young Lady!.

Ci, którzy poznali Jane Maxwell, będą wiedzieli, o co chodzi. Równie slapstickowy humor da się usłyszeć w Small Thoughts Are Worth A Lot (Jack). Polecam także rodzynek w postaci Bird in the Sky (Emma), który ewidentnie wyróżnia się na tle pozostałych – brzmi jak motyw heroicznej postaci z anime.

Wild Arms dla mnie osobiście jest w pewnym sensie podróżą nie tylko w głąb nostalgii.

otaku.com

Ku mojemu ogólnemu zaskoczeniu, orkiestracja całego albumu wypadła całkiem dobrze, mimo że sama gra została niemiłosiernie nadgryziona przez ząb czasu. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdemu połączenie instrumentów dętych z elektroniką może iść w parze. Niemniej słuchanie muzyki z Wild Arms dla mnie osobiście jest w pewnym sensie podróżą nie tylko w głąb nostalgii. 

Ten westernowy klimat sprawia, że gracz przeżywa przygodę trudną do podrobienia, której zwieńczenie może stanowić zawarty na albumie Promise to the Blue Sky. Naprawdę polecam – to jak obejrzenie po raz kolejny naprawdę dobrego filmu sprzed lat.

Redaktor

Paweł Dembowski

Gra w gry odkąd pamięta, pisze o nich również kawał czasu. Uzależnienie jak nic. Jednak nie może powiedzieć, żeby kiedykolwiek czegokolwiek żałował. Poza tym dziennikarz z pasji i powołania.