Wszyscy święci balują w Niebie, złoty sypie się kurz… Dokładnie tak, tylko zupełnie na odwrót – nie święci, a po prostu umarli, i nie w Niebie, a w Hadesie. Można by się spodziewać tutaj Mozarta i powagi jego niedokończonego Requiem, ale w Krainie Umarłych DJ-em jest Darren Korb, który na swojej konsoli kręci trochę inne winyle. Trochę bliższe kapeli System Of A Down.

Przeprawa jest ciężka, chropowata i mocno rockowa.

No dobrze, ale co my tu właściwie robimy? Można powiedzieć, że uciekamy z domu. Wcielamy się w rolę Zagreusa – syna Hadesa (boga Podziemi, który całymi dniami rejestruje nowych umarłych). Czasem jednak daleko pada jabłko od jabłoni, bo syn Hadesa nie podziela zainteresowań ojca, a wręcz niestrudzenie próbuje wydostać się na powierzchnię. Tam mają czekać na niego bogowie z Olimpu. Wiadomo, czyste powietrze, jasne pomieszczenia, Dionizje. Żyć, nie umierać. No właśnie cała sprawa rozchodzi się o umieranie… Przeprawa jest ciężka, chropowata i mocno rockowa. Ale jest sporo wyjątków. A na soundtracku – nawet większość… Lecimy.

Darren Korb zaczął od brzmienia. Najpierw wybrał instrumenty, które opisywałyby Hades. Mamy tu więc familię lutni: ud (uważanego za przodka lutni), setar (krewnego prosto z Persji) czy lutnię gitarową we własnej osobie. Nie zabrakło też miejsca dla poczciwego akustyka. Później przyszedł czas na dodanie szczypty, a czasem i garści wzmacniaczy gitarowych. Zresztą – możecie najpierw rzucić okiem, jak ta muzyka powstała.

Korb świetnie balansuje klimatem.

Soundtrack zaczyna się od No Escape. Chyba nie przypadkiem, bo to taka mała obietnica tego, co możemy usłyszeć w dalszej części albumu – dynamikę, lutnię, elektronikę, gitary podpięte do piecy, a nawet solówkę gitarową oraz, wspomniane w tytule tekstu, grzechotki. Przeskakując do From Olympus słyszymy już jednak powolny marsz strudzonego akustyka i zdaje się, że setara. W tle: smolisty bas, tamburyn i grzechotki. Klimat: ponury. Refren: rosnący. Melodia: wspaniała. Jeden z moich faworytów. Ale kawałków jest tu 24, więc jest w czym wybierać.

Tym razem nie przeskakujemy jednak daleko, bo tuż obok jest jeden z nielicznych utworów wokalnych – Lament of Orpheus. Ballada, która brzmi jak samotna, starożytna noc, zagrana na lutni i zaśpiewana przez Darrena Korba.

Gdzie te szarpidruty – zapytacie. No to jedziemy z wiosłem, panie Korb. Podciągamy rękawy już w Mouth Of Styx, gdzie najpierw bujamy się w rytmie pulsujących syntezatorów, ale po chwili do głosu dochodzą psychodeliczne (przesterowane?) lutnie. Na słuchawkach słychać, jak rywalizują ze sobą o ucho słuchacza. Cały czas ciągnie się tu długi pad wrzucony w pogłos. I tak docieramy do drugiej części utworu – grzechotki zmieniają się już w pełnoprawny werbel. Przester włączony. Gitary nisko przystrojone.

Podobny schemat ostrzenia pazurów wraz z upływem utworu – od strun starożytnych do nowoczesnych – mamy w River of Flame, w dynamicznym The Painful Way, The King And The Ball czy Through Asphodel, który przypomina trochę repertuar grupy Percival Schuttenbach. Korb świetnie balansuje klimatem. Eksperymentuje, ale bardzo świadomie. Zwalnia tempo, żeby wziąć głęboki oddech w elektronicznym Primordial Chaos. Chwilę później gra ciszą w oszczędnym i powolnym Hymn to Zagreus. A za moment rozpędza się na nowo w Scourge of the Furies.

Album zamyka ballada, która w grze pojawia się zupełnie znienacka. Good Riddance. Tęskny akustyk i głos Ashley Barrett (w drugiej wersji razem z Darrenem Korbem). Gdybym miał typować tu jakiś singiel, to ten kawałek jest najbardziej radiowy. Był już zresztą kilka razy wykonywany na żywo.

Głosem głównego muzykanta gry, Orfeusza, został sam Darren Korb.

Bogowie olimpijscy nie znali gitar ani piecy (chyba że mamy na myśli chłopaków z Nirvany, taki inside joke), ale byli bardzo muzykalni. Apollo szalał na lirze, Atena stworzyła dla siebie flet, a Dionizos „wyklepywał” rytm imprezy na tympanum (starożytny ręczny bębenek). Nic dziwnego, że głosem głównego muzykanta gry, Orfeusza, został sam Darren Korb, bo dzięki niemu cały Hades jest bardzo różnorodny. I, co zaskakujące, na albumie brzmi jeszcze ciekawiej niż w grze – mamy wtedy okazję wsłuchać się spokojnie we wszystko: od strun melancholijnie zaczepianych palcami Afrodyty, aż po struny szarpane ręką Aresa.

Czytaj więcej:

Współpracownik

Maciej Baska

W grach często zdarza mu się stać bezczynnie w jakiejś lokacji tylko dlatego, że słychać w tym miejscu świetną muzykę. Od ponad dekady komponuje, tekstuje, nagrywa i miksuje.