Wind Waker to pierwsza Zelda, w którą zagrałem. Nie wiem nawet, czy jest się tu czego wstydzić, bo przecież ta część jest powszechnie uwielbiana prawie na równi z mityczną Ocarina of Time (znacie w ogóle kogoś, kto ją przeszedł?). Estetyka Wind Wakera jest pozornie infantylna – nie tylko dzięki ślicznemu cell shadingowi – lecz pod powierzchnią znajdą się elementy przyprawiające o gęsią skórkę. Mimo wszystko jest to bardzo relaksująca przygoda.

Wniosek jest prosty: muzyka nie jest traktowana po macoszemu.

Dla przypomnienia, The Legend of Zelda: The Wind Waker ukazało się w Europie w połowie 2003 roku i był to tytuł ekskluzywny na GameCube’a. Dziesięć lat później Nintendo wypuściło odświeżoną wersję z “HD” w nazwie, tym razem na WiiU. Na liście kompozytorów znajdziemy następujące nazwiska: Kenta Nagata, Hajime Wakai, Toru Minegishi, no i oczywiście Koji Kondo. W tym przypadku świadomie odpuszczam porównania z innymi częściami serii – chcę bowiem skoncentrować się na moich wrażeniach jako osoby mającej uprzednio stosunkowo wąski kontakt z Zeldami.

Zacznijmy na sucho – soundtrack jest obszerny, co współgra ze znacznymi rozmiarami archipelagu, który przemierza Link w tej części. Tracklista jest jednak bardzo poszatkowana. Mamy dwa CD wypchane łącznie 133 ścieżkami. Jest tam więc całe mnóstwo drobnicy i krótkich przygrywek. Nie jestem zwolennikiem wrzucania stingerów (jak np. Boss Clear Fanfare) na albumy – utrudnia to nawigację po utworach i zaburza przepływ między kawałkami, nie dając przy tym wiele wartości muzycznej w zamian. Wspomnę jeszcze o paru ciekawostkach związanych ogólnie z oprawą dźwiękową The Legend of Zelda: The Wind Waker. Dla fanów serii będą one oczywiste, ale przecież nie w każdej przygodowej grze akcji znajdziemy to wszystko.

Podczas walki przy każdym celnym uderzeniu w przeciwnika słychać przygrywki, które narastają w intensywności w miarę wykonywania combosa. Muzyka dostosowuje się także do otoczenia gracza, co słychać szczególnie dobrze podczas żeglugi w zmieniającej się pogodzie. Przywoływanie mocy wiatru za pomocą tytułowego Wind Wakera z kolei opiera się prostej mini-gierce rytmicznej zwieńczonej ładną melodią. Wniosek jest prosty: muzyka nie jest traktowana po macoszemu, a wrasta w DNA produkcji.

Pierwsze skojarzenie: jest baśniowo i lekko. To klimat przywodzący na myśl bajki Disneya. Mimo że kompozytorzy mieli do dyspozycji liczne sekcje orkiestry (są klasyczne smyczki, partie dęte blaszane i drewniane, perkusja, klawisze oraz kilka etnicznych przysmaków), nigdy nie ma tłoku. Całość potrafi zabrzmieć wyspiarsko niczym z północy Europy, jest przy tym bezpretensjonalnie figlarna. Każdy muzyk zna swoje miejsce, a instrumentacja jest zrobiona z dużym wyczuciem. Od samego początku uderzająca jest też melodyjność soundtracku – Wind Waker obfituje w chwytliwe kawałki, które aż chce się nucić.

O muzyce do Zeldy, którą nawet Nintendo chciało porzucić

Oczywiście pojawiają się też utwory o bardziej ponurym nastroju, na ogół desygnującym napięcie (np. A Giant Mysterious Bird Attacks). Dominują tracki przypisane konkretnym obszarom oraz wydarzeniom fabularnym. Nie ma za to typowych motywów powiązanych z postaciami. Słuchanie The Legend of Zelda: The Wind Waker OST poza grą jest niestety mniej relaksujące niż w trakcie rozgrywki – na albumie pętle są bardzo krótkie, przez co kilkudziesięciosekundowe tracki często wymuszają u słuchacza drażniącą zmianę kontekstu.

Podczas grania czuć jednak regularny przypływ endorfin. Gdy łódź Linka przecina fale przy ładnej pogodzie i pięknym, bajkowym akompaniamencie (Yacht Game), po prostu chce się żyć i słuchać. Spokojniejsze momenty nigdy nie są nudne, a te intensywniejsze zgrabnie unikają przekombinowania. Wind Waker to tytuł niesamowicie plastyczny; tak samo jest z jego muzyką. Oprawa graficzna potrafi zaskoczyć paletą barw i designem, zaś dźwiękowa – spójnością przy zachowaniu różnorodności.

Kompozytorzy nadrabiali ograniczenia technologiczne za pomocą swojego kunsztu.

Czy soundtrack z Wind Wakera się postarzał? Tak, większość brzmień ma sztuczny charakter. Brakuje tam naturalnych pogłosów i bogactwa brzmieniowego. Czuć, że kompozytorzy nadrabiali ograniczenia technologiczne za pomocą swojego kunsztu, dzięki czemu powstały takie ślicznotki jak Outset Island. To urokliwy soundtrack, choć dzisiaj już na pograniczu retro. Broni się jednak nawet bez HD i wciąż potrafi zachwycić.

Czytaj więcej:

członek rady fundacji

Krzysztof Bińczak