Shadow of the Tomb Raider nie był tak głośną produkcją, jaką miało być i – przyznam szczerze – dawno nie czułem tak dużej obojętności wobec nadchodzącej premiery z dobrej serii gier.

Uzasadnione byłyby obawy, że Tomb Raider znowu skończy w koszu przeciętnych gier.

To dosyć osobliwe, że gra spełniająca długą listę powodów, dla których można być podekscytowanym i biec w podskokach do kuriera stojącego za drzwiami, przeszła przez okres życia przedpremierowego w niepokojącej ciszy. Powodów było niby wiele. Shadow of Tomb Raider stanął w końcu w szranki z wieloma produkcjami, które przyćmiły jego atuty na wielu polach – wizualnym, innowacyjnym czy artystycznym.

Na dodatek Rise of Tomb Raider nieśmiało wynurzyło się z cienia poprzednika z 2013 roku i pozostawiło serię w dziwnym miejscu – spełnionym, ale jednak wybrakowanym. Uzasadnione byłyby obawy, że Tomb Raider znowu skończy w koszu przeciętnych gier, dopóki nie pojawi się studio ze świeżym spojrzeniem czy chęcią nadania serii własnego sznytu. A jak w końcu było z muzyką?

Zaczęliśmy od — wydawałoby się — speca od horrorów i sound designerskich rozwiązań, czyli oczywiście Jasona Gravesa. Owszem, nadał pierwszej części nowych przygód Lary nastroju strasznego i groźnego, lecz nie potrafił uchwycić jej powolnej zmiany i mocnego szoku, który przeżyła jako młoda dziewczyna. Bobby Tahouri (z podkreśleniem jego biegłości w komponowaniu do gatunku przygodowego) napisał soundtrack skuteczny i o wiele bardziej atrakcyjny, lecz miejscami wtórny. Zmienne szczęście oraz zmienna skuteczność soundtracków nowej Lary pozostawiły je w miejscu bliskim grom — poprawnym i na granicy czegoś świetnego. Potem na pokład weszli Brian D’Oliveira i Martin Stig Andersen. Czy podołali wymogom Shadow of the Tomb Raider?

Soundtrack do kupienia na WINYLOWA

Ucieszyłem się, że spece od muzyki etnicznej i ambientowych szumów zakończą trylogię gier, które na poziomie wymagań wysuwanych wobec muzyki nie oczekują właśnie wiele więcej, oprócz dobrego ulokowania muzycznego i świetnej oprawy sound designerskiej. A kim są? Brian D’Oliveira to kompozytor i multiinstrumentalista, którego można kojarzyć z grami Papo & Yo lub Tearaway, gdzie w mojej opinii dał popis w kreacji folkowego nastroju. Stworzył kilka soundtracków, posiada własne studio nagraniowe i produkcyjne, którego jest szefem i dyrektorem kreatywnym. Martina Stiga Andersena chyba większość zna. O Duńczyku, który stworzył świat muzyczny Limbo i Inside, pisaliśmy już na naszym portalu, a rozpoznać go można po naprawdę mrocznych pejzażach elektronicznych.

Ścieżka Briana D’Oliveiry z małymi wkładami Martina Stiga Andersena to brzmienie, jakie powinno przyjąć Eidos w projektowaniu kolejnych przygód Lary Croft.

Nie cieszmy się jednak za wcześnie, bo dokonania drugiego pana nawet nie znalazły się na soundtracku (istnieją bonusowe ścieżki z sekcji podwodnych gry), chociaż całe szczęście grę zaszczycił kierownictwem dźwiękowym i ambientowym. Za lwią część partytury Shadow of the Tomb Raider jest odpowiedzialny właśnie Brian D’Oliveira, który w rzeczy samej podołał swojemu zadaniu, robiąc coś, co miałem nadzieję usłyszeć w grze z tej serii.

Po odsłuchaniu tematu głównego Shadow of the Tomb Raider z pierwszej ścieżki można mieć nadzieję na świetnie zmasterowany soundtrack, niezaśmiecony przez warstwy sampli, oraz o mądrze skonstruowanej sekcji perkusyjnej. Dochodzi do tego też kapitalna sekcja smyczkowa wygrywająca rzewny temat zwiastujący koniec i podejście tej iteracji wobec bohaterki (Overture). Ta sama sekcja powróci jeszcze nie raz, w tym także w Lara’s Dream o zaskakująco pogodnym nastroju czy Innocent Death bądź Sacrifice cytującym sentymentalnie (szczególnie ten drugi!) motyw główny początku serii autorstwa Jasona Gravesa.

Jest on jednak zaaranżowany już na flet i osobne brzmienie D’Oliveiry, ogólnie oparte w większości o smyczki i perkusjonalia. Środek albumu zbliża nas do estetyki Ameryki Południowej z utworami Paititi, Cenote i Return to Paititi — usłyszymy świszczące nerwowo flety, pulsujące bębny, kołatki zarówno w muzyce akcji, jak i angażujących pejzażach dźwiękowych pełniących rolę tła. Wszystko to składa się na wybitnie przestrzenne doświadczenie przez naprawdę porządne dopracowanie techniczne płyty.

Finał płyty (The Chosen i Goodbye Paititi) utwierdza mnie w przekonaniu, że praca Trynidadczyka jest najlepszą z serii.

Mrok Shadow of the Tomb Raider usłyszymy w okolicach Baptiste of Fire, któremu nie jest daleko od powodujących ciarki na plecach ryczących dron z Far Cry Primal (znowuż Gravesa). Elektroniczne pomruki, świdrujące uszy flety i wiercące smyczki dręczą słuchacza nieludzkim tempem i godną tytułu wymową. Tym samym D’Oliveira przekonał mnie, że sferę liryczną i muzykę akcji umie pisać całkiem nieźle, ale finał płyty z delikatnie klasycyzującą solówką na skrzypce oraz sakralnym chórem (The Chosen) czy reimaginacją Overture (Goodbye Paititi) z lekkimi żeńskimi wokalizami i klasyczną gitarą utwierdza mnie w przekonaniu, że praca Trynidadczyka jest najlepszą z serii.

Warta wskazania jest jedna ścieżka Stiga Andersena do sekcji podwodnych gry pt. One Last Breath. Ten ambientowy utwór zaciera granice pomiędzy sound designem a muzyką, oferując ścianę szumu, którą musiała słyszeć dusząca się pod wodą Lara. Jest to kwintesencja stylu, któremu Duńczyk daje świadectwo nawet w nowym dla siebie środowisku.

Nie stoi w miejscu, zaskakuje, porusza i buduje napięcie – ścieżka Briana D’Oliveiry z małymi wkładami Martina Stiga Andersena to brzmienie, jakie powinno przyjąć Eidos w projektowaniu kolejnych przygód Lary Croft. Jest w nim wszystko, czego przygody pani archeolog potrzebują, by utkwić muzycznie w pamięci, nie tylko ilustrując jej przygodę, ale łącząc gracza ze środowiskiem, które ten odkrywa i przeżywa. Jeżeli Shadow of Tomb Raider jest ostatnią grą z tej godnej polecenia serii, to jest muzycznie godnym pożegnananiem, do którego miło będzie wracać.

Tomb Raider jednak broni się jako osobna praca.

Znajdziemy w tym soundtracku dobrą muzykę, którą wyróżnia świetne zaplecze produkcyjne i świadome posługiwanie się instrumentarium etnicznym, którego pobieżne wykorzystanie nieraz prowadzi do klapy. Shadow of the Tomb Raider jednak broni się jako osobna praca i leci daleko ponad poprzednikami. Nic tylko słuchać.

Czytaj więcej:

Współpracownik

Jan Szafraniec

Pasjonuje go wszystko co szumiące, minimalne i industrialowe. Większość czasu spędza na pisaniu i pływaniu w ambiencie. Muzykę do gier wiernie wyznaje od dekady i nie zamierza przestać.