Zapowiedź „anime souls”, bo takim mianem okrzyknięto w sieci Code Vein, była dla mnie nie lada gratką. Miał to być pierwszy tytuł, który wypełni mi pustkę po serii Dark Souls, choć miały jeszcze nadejść The Surge 2 (nigdy nie byłem zainteresowany serią) oraz Remnant: From the Ashes (dowiedziałem się o tym tytule z Gamescomu i zapomniałem o nim aż do premiery).

Nie powiem, materiały promujące grę narobiły mi smaku i zacząłem szukać informacji na własną rękę, między innymi na temat ścieżki dźwiękowej. Niestety, nazwisko kompozytora długo pozostawało tajemnicą, choć łatwo można się go było domyślić – wystarczyło sięgnąć po portfolio dewelopera. Studio Shift, zanim wydało Code Vein, miało na koncie cztery gry z serii God Eater. Do każdej z nich muzykę skomponował Masaru „Go” Shina. Co ciekawe, między Code Vein a God Eater 3 widać było mnóstwo podobieństw (już kreator postaci rzuca się w oczy), tak więc istniała szansa, że muzyka w obu tytułach również nie będzie się zbytnio różniła.

Code Vein przede wszystkim stara się brzmieć gotycko i melancholijnie.

Rzeczywiście, są podobieństwa, ale Code Vein przede wszystkim stara się brzmieć gotycko i melancholijnie. Szczerze mówiąc, nigdy nie byłem i raczej nie będę fanem gotycko brzmiącej muzyki komponowanej przez Japończyków. Mroczne chóry i organy, wywodzące się z zachodniej kultury, w dalekowschodnim wykonaniu brzmią mi obco, jakby nie na miejscu. Niemniej jednak CODE VEIN (Main Theme) mile mnie zaskoczył w menu fajnym tematem, w wykonaniu organów i chóru właśnie, do których później dołącza pięknie brzmiąca orkiestra.

Co ciekawe, w grze usłyszymy chór śpiewający po japońsku, podczas gdy oficjalna ścieżka dźwiękowa zawiera chór śpiewający po angielsku. W japońskiej wersji przeważają męskie głosy, które brzmią dostojnie, ale dość delikatnie, co wynika zapewne z niewielkiego składu śpiewających. W wersji angielskiej usłyszymy chór brzmiący pełniej, potężniej i agresywniej, jakby był większy, a równowaga między głosami męskimi i żeńskimi lepiej zachowana. Właśnie tę wersję preferuję, choć obydwie mają według mnie kompletnie niepotrzebny fragment (od 2:16), który psuje im dynamikę.

Utworów w stylu motywu przewodniego jest oczywiście więcej. Za przykład wezmę chociażby Bellum – Beyond Fear –, Extremum Belli czy Return of the Knight (a to jedynie część). Każdy z nich bombastyczny, ale niewyróżniający się niczym szczególnym, toteż żaden z tych utworów nie zapadł mi szczególnie w pamięć. To co słyszałem w trakcie rozgrywki, to wielka organowo-chóralno-orkiestralna ściana dźwięku.

Walki z bossami bardzo na tym straciły, bo towarzyszyła im „jakaś muzyka” w tle, zamiast wpadającej w ucho muzycznej narracji. Skoro już mowa o bossach, to nie od dziś wiadomo, że gry souls-like stoją walką z bossami i to samo tyczy się ich oprawy muzycznej. Code Vein, nad czym ubolewam, zdaje się ignorować ten niezwykle ważny aspekt, idąc w stronę narracji rodem z anime, czyli kładąc szczególny nacisk na cutscenki (a tych jest sporo, nieraz jedna po drugiej i są dość długie) oraz sytuacje w grze, które docelowo mają być dla gracza emocjonalne.

Mocną stroną ścieżki dźwiękowej Code Vein są przede wszystkim piosenki.

Niestety, ta emocjonalność, pomimo dobrej oprawy muzycznej, wychodzi dość średnio, ponieważ gra, w przeciwieństwie do anime, nie daje nam okazji do emocjonalnego przywiązania do postaci niezależnych. Mało tego, gdy eksplorujemy utracone wspomnienia tych postaci, obserwując ich tragedie, to za każdym razem słyszymy jeden utwór – Musium. Ma on dwie wersje: molową oraz durową, z czego każda wersję z fortepianem, wokalem oraz orkiestrą.

Wersja durowa szczególnie wpada w ucho dzięki prostej, ale fajnej fortepianowej melodii. W każdym razie słyszymy Musium bardzo często, aż za często, przez co każde z tych wspomnień traci swą tożsamość, a sam utwór zaczyna irytować. Jakież było moje zdziwienie, gdy zauważyłem, że na oficjalnej ścieżce dźwiękowej brakuje najbardziej wyeksploatowanego utworu w grze.

Ot bombastyczne organy, chór i orkiestra, bez wpadających w pamięć tematów.

Mocną stroną ścieżki dźwiękowej Code Vein są przede wszystkim piosenki. Na oficjalnym wydaniu (znów niestety) pojawiła się tylko ich część, dostępna zarówno w japońskim, jak i angielskim języku. Szczególnie świetne jest Requiem, gdzie subtelnemu żeńskiemu wokalowi towarzyszą pełna orkiestra i chór, które choć potężne, to stanowią dla niego jedynie piękny akompaniament.

Wspaniała oda, prawdziwa perła, której emocjonalnego potencjału gra nie potrafiła w pełni wykorzystać. Inną perełką jest All of You, stawiające na bardziej intymny i weselszy nastrój. Również instrumentarium jest inne, skromniejsze i skupiające się na solowych instrumentach oraz żeńskim chórze. Miła odmiana od dominującego w ścieżce dźwiękowej patetyzmu. Z kolei Amber Journey (Ending Theme) wydaje się pochodzić z zupełnie innej bajki. Brzmi bardzo filmowo, przywodząc mi na myśl piosenki z filmów o Bondzie, którymi (chyba) inspirowali się również twórcy muzyki (zwłaszcza Snake EaterSins of the Father) do Metal Gear Solid V.

Code Vein jest ciekawą pozycją, ale mającą wyraźne braki.

Code Vein jest ciekawą pozycją, ale mającą wyraźne braki. Jak już pisałem, gry souls-like stoją muzyką walk z bossami, Code Vein zaś nie oferuje w tej materii niczego szczególnego. Ot bombastyczne organy, chór i orkiestra, bez wpadających w pamięć tematów. Na dodatek nie każdy boss dostał własny utwór, co dla mnie jest najgorszym uchybieniem, jakiego może się dopuścić kompozytor muzyki do souls-like’a.

Gra stara się być emocjonalna, ale średnio jej to wychodzi, między innymi dlatego, że, zdawać by się mogło, najważniejsze sytuacje, które mają nam przybliżyć tragiczny los postaci niezależnych, katują nas za każdym razem jednym i tym samym utworem, choć w kilku wariantach. Code Vein, mam wrażenie, stara się być bardziej anime niż grą, co widać po dobrze zrealizowanych cutscenkach, których oprawa muzyczna jest najmocniejszą stroną partytury, zaraz obok zapadających w pamięć piosenek.

Code Vein, mam wrażenie, stara się być bardziej anime niż grą.

Co się tyczy oficjalnej ścieżki dźwiękowej, to chyba warto poczekać na pełne wydanie, ponieważ ta nie jest w stanie oddać pełni dzieła Go Shiny z jej wszystkimi wadami oraz zaletami. Ja, jako fan souls like’ów, jestem raczej zawiedziony i uważam, że dzieło Japończyka lepiej się sprawdza jako medium niezależne od gry.

Redaktor

Daniel Wójcik

W 2008 roku przypadkiem odkryłem muzykę trailerową, w której od razu się zakochałem. Od niej była prosta droga do muzyki z filmów i gier. Minęło ponad 10 lat, a ja pracuję w branży trailer music i piszę publicystykę dla GameMusic.pl.