Osiem lat minęło od pierwszej zapowiedzi nowej odsłony Metroid Prime, która pod koniec minionego roku wreszcie doczekała się premiery. Aż trudno w to uwierzyć, ale Nintendo dowiozło grę, która ostatecznie zawiodła moje oczekiwania. Nie zrozumcie mnie źle – nadal uważam Metroid Prime 4: Beyond za godną uwagi pozycję, ale dla entuzjastów przygód Samus Aran może to być policzek w twarz.
Nie będę wdawał się w szczegóły, ale niestety produkcja cierpi na wiele schorzeń, w tym nie do końca dobre decyzje twórcze, jak usunięcie izolacji, z której seria jest dobrze znana fanom. Mimo wszystko jestem pełen podziwu dla deweloperów z Retro Studios. Musieli przeżyć piekło deweloperskie, by dowieźć tytuł skierowany raczej w stronę niezaznajomionych z sagą graczy niż entuzjastów poprzednich odsłon Metroid Prime.
Na szczęście oprawa audio nie ucierpiała i w tym przypadku dostaliśmy jedną z najbardziej świeżych ścieżek dźwiękowych o przygodach Samus Aran. Ponownie kompozytorzy w składzie Kenji Yamamoto oraz Minako Hamano uraczyli nas pełną paletą barw kosmosu, okraszonych fuzją muzyki elektronicznej i rocka progresywnego. Już od pierwszego kontaktu z ekranem tytułowym gry doświadczamy kosmicznych chórów, by chwilę później usłyszeć motyw przewodni Metroid Prime 4: Beyond, stylistyką nawiązujący do dzieł Jean-Michel Jarre’a oraz zespołu Kansas.

Pod względem muzyki produkcja nie odstaje od poprzednich odsłon serii, z nielicznymi wyjątkami. W trakcie gry nadal towarzyszy nam atmosfera tajemnicy (Chrono Tower) – tym razem wiąże się ona z odkrywaniem, co było przyczyną unicestwienia cywilizacji Lamorn. Kenji Yamamoto i Minako Hamano za sprawą dźwięków opowiadają nam historię niegdyś tętniącej życiem planety Viewros, którą teraz przemierzamy na motorze Vi-O-La. W podróży przez pustkowia towarzyszy nam głównie cisza lub delikatny ambient (Sol Valley), obrazujący otaczającą nas zewsząd nicość. Narracja muzyczna ulega zmianie wraz z wejściem w dany biom. Wówczas gra serwuje nam kompozycje opisujące osadzoną tam wzdłuż i wszerz faunę i florę (Fury Green).
Dopiero w tych momentach jesteśmy świadkami geniuszu minimalizmu, jakim wykazali się kompozytorzy. Nie dość, że każda lokacja ma swój unikalny temat przewodni (Volt Forge), to jeszcze wyróżnia się stylistyką muzyczną. Powiecie, że nie jest to żadna nowość, a wręcz kopiowanie pomysłów z poprzednich odsłon. Faktycznie, po pierwszym odsłuchu można odczuć fałsz po stronie autorów, jednakże drobne detale w postaci melodii (Fury Green (Base Camp) zaszytych pomiędzy ambientem a ciszą budują wyjątkową atmosferę gry. Dodatkowym atutem ścieżki dźwiękowej są motywy bitewne (Jungle Griever), które dolewają oliwy do ognia, a miejscami budzą w nas uczucie izolacji i niepokoju.

Nie wiem, czy mamy tu do czynienia z nowatorskim podejściem do tworzenia soundtracku. Wiem jednak na pewno, że nikt inny niż duet Yamamoto–Hamano nie potrafi zbudować tak fascynującego muzycznego świata, będącego tłem dla przygód gwiezdnej łowczyni Samus Aran.

W 2004 roku kompozytor Mitsuo Terada aka Tsunku wpadł na banalny pomysł, aby za pomocą prostych sekwencji zręcznościowych stworzyć przystępną dla każdego, rytmiczną grę. Tak powstała Rhythm Heaven (Rhythm Tengoku) – jedna z ostatnich produkcji więcej
Od dłuższego czasu coś wisiało w powietrzu. Kiedy wreszcie padła zapowiedź przygód gwiezdnych najemników pod przewodnictwem lisiego kapitana, było już pewne, że dostaniemy kolejny remake gry Lylat Wars z 1997 roku. Wielu graczy ostudziła ta wiadomość, więcej
Rynek indie nie przestaje mnie zaskakiwać. Potrafi wyciągnąć każdy, niemal zapomniany gatunek i nadać mu niepowtarzalny twist. Rogue Flight to oda do produkcji samolotowych typu shoot’em up, jednego z demiurgów gier wideo, ale nie spodziewałem się, jak sycąca więcej
Był taki moment w życiu każdego z nas. Ostatnie wakacje. Ostatnia noc z przyjaciółmi. Ostatni raz, kiedy wydawało się, że nic nigdy się nie zmieni. Śmiech, filmy oglądane po raz setny, ulubione piosenki wykrzykiwane z całych sił więcej