Od premiery Diablo IV minęło już półtora roku. Emocje z nią związane dawno opadły, gdyż gra, podobnie jak jej poprzedniczka, zaliczyła dosyć trudny start. Pomimo ciekawej fabuły tytuł okazał się pustym, mało grywalnym tworem. Sam soundtrack był nie mniej rozczarowujący, prezentując nudne i niespójne motywy. Jednak jako zagorzały fan serii Diablo wmawiałem sobie, że rozszerzenie uratuje zarówno grę, jak i ścieżkę dźwiękową. Jak zatem prezentuje się muzyka do Diablo IV: Vessel of Hatred?

Nie jest szatańsko, lecz egzotycznie.

Już pierwsze doświadczenie z soundtrackiem w menu głównym bardzo mocno odbiega od tego, co słyszeliśmy w podstawce. Nie jest szatańsko, lecz egzotycznie. I dobrze, ponieważ akcja Vessel of Hatred osadzona jest w Nahantu – krainie, którą gracze Diablo II mieli okazję odkrywać w akcie III. Tym razem, zamiast podążać śladami podróżnika, przemierzamy piekielną dżunglę w poszukiwaniu naszej przyjaciółki, Neireli.


Diablo IV – samotny lament Lilith


Przybywając po raz pierwszy do Doków Kurast, spodziewałem się muzycznych odniesień do utworu Kurast z Diablo II. Nowa odsłona o tytule Docks zaledwie dyskretnie nawiązuje do swego pierwowzoru. Ted Reedy we współpracy z Mattem Uelmenem, który to wreszcie dołączył do grona kompozytorów Diablo IV, postanowili stworzyć całkiem udaną repryzę Kurast dopiero w głównej lokacji Nahantu, jaką jest właśnie samo Kurast.

Im dalej w dżunglę, tym więcej smaczków. Lingering Hatred obudził we mnie chęć siekania pająków, fetyszy i pozostałego pomiotu piekielnego, pozwalając znów poczuć ducha Diablo! Zamiast nieustannego smutku i jęczących smyczków w końcu usłyszeć można tętniące bębny. W utworze przewija się również ikoniczna dwunastostrunowa gitara, co akurat jest dla mnie nie do końca trafnym zabiegiem. Choć część fanów pewnie się ze mną nie zgodzi, jej notoryczne wykorzystanie powoduje u mnie przewracanie oczami. Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam ten instrument, gdyż nieodłącznie kojarzy mi się z tą serią, ale ile można. 

Wartym wspomnienia jest też Teganze Plateau, wieńczący wszystko, czego oczekiwałem od muzyki w Vessel of Hatred. Jest w nim nawiązanie do głównego motywu, pulsujące perkusje oraz nutka odniesień do ścieżki dźwiękowej z Diablo II, a konkretnie do utworu Desert. Soundtrack oferuje również utwory spokojniejsze. Niezwykle sakralny, przepełniony pogłosem Spirit Realm pozwala odetchnąć i zatopić się w wątku fabularnym. A ponieważ wolniejszych kompozycji jest znacznie mniej, nie męczą one tak, jak miało to miejsce w Diablo IV. 

Pulsujące perkusje oraz nutka odniesień do ścieżki dźwiękowej z Diablo II.

Nie jest oczywiście idealnie i niestety ścieżka dźwiękowa ma też swoje skazy. Po ukończeniu kampanii muzyka nie oferuje zbyt wiele. Podczas wykonywania zadań pobocznych zabrakło mi tej immersji, jakiej doświadczałem przy ogrywaniu fabuły Vessel of Hatred. 

Choć wspomniany Lingering Hatred fajnie pogrywa w trakcie przemierzania Nahantu, jeden utwór na tak olbrzymią lokację to za mało. Niewiele również zrobiono w przypadku jaskiń. Nowe instancje nadal powielają ten sam schemat: puste, powolne ambienty z perkusjami tylko podczas walki z końcowym bossem. Szkoda, bo mimo wielu urozmaiceń w rozgrywce, czyniących eksplorację jaskiń znacznie ciekawszą, muzyka pozostaje tu najsłabszym ogniwem.

Odniosłem wrażenie, że ścieżka dźwiękowa w Diablo IV: Vessel of Hatred padła ofiarą swojej poprzedniczki. Jest ona bardziej dynamiczna, jednak nie tak, jak mogłaby być. Kontrastowałoby to wówczas zbyt mocno z muzyką z podstawki. Z kolei fani pierwszych dwóch odsłon serii nie znajdą w niej wiele mroku. Jest jednak nieco nostalgii, sporo dbałości o szczegóły oraz dynamiki. 

Blizzard posłuchał fanów i muzyka w Vessel of Hatred jest pierwszym krokiem w stronę lepszego.

Po odsłuchaniu soundtracku jako osobnego dzieła zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo próbuje on nie powielać schematów Diablo II: Lord of Destruction, tym samym umiejętnie do niego nawiązując. Nie jest idealnie, ale odważę się stwierdzić, że Blizzard posłuchał fanów i muzyka w Vessel of Hatred jest pierwszym krokiem w stronę lepszego. Oby nie ostatnim.

Czytaj więcej:

  • Mixtape – ostatni bis młodości

    Mixtape – ostatni bis młodości

    Był taki moment w życiu każdego z nas. Ostatnie wakacje. Ostatnia noc z przyjaciółmi. Ostatni raz, kiedy wydawało się, że nic nigdy się nie zmieni. Śmiech, filmy oglądane po raz setny, ulubione piosenki wykrzykiwane z całych sił więcej

  • Pragmata – nostalgiczne melodie kosmicznych wspomnień

    Pragmata – nostalgiczne melodie kosmicznych wspomnień

    Wyobraźcie sobie, że lądujecie wewnątrz opustoszałej stacji na Księżycu. Macie jeden cel: zbadać, co się wydarzyło. Misję przerywa trzęsienie ziemi, a z krytycznego stanu ledwo ratuje Was samotna dziewczynka z umiejętnościami hakerskimi. Taki los spotkał Hugh więcej

  • Yoshi and the Mysterious Book – bez iskry magii

    Yoshi and the Mysterious Book – bez iskry magii

    Postać uroczego, zielonego dinozaura Yoshiego zrodziła się w umyśle młodego Shigeru Miyamoto w połowie lat 80., czyli jeszcze długo przed premierą Super Mario World. Ojciec Super Mario Bros pragnął, aby jego bohater mógł więcej

  • F.E.A.R. – idealnie udźwiękowiony (nie)azjatycki horror

    F.E.A.R. – idealnie udźwiękowiony (nie)azjatycki horror

    Przełom lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych to szczyt popularności azjatyckiego kina grozy na świecie. Filmy takie jak Klątwa, Nieodebrane połączenie czy Krąg, w odróżnieniu od ich średnio udanych zachodnich adaptacji, zyskały status kultowych, a duchy z czerwonymi oczami, bladymi więcej

Redaktor

Marcin Maślanka

Kompozytor, sound designer, klawiszowiec, amator technologii. Oprócz tworzenia muzyki i dźwięków do gier i filmów, interesuje go również inżynieria dźwięku na żywo i wszystkie technologiczne aspekty związane z jego przetwarzaniem.